Widzisz posty wyszukane dla zapytania: Nie każ mi myśleć! O życiowym podejściu do funkcjonalności
·
A ja polecam przed przystapieniem do prac następującą lekturę:
Funkcjonalność stron WWW - 50 witryn bez tajemnic, J. Nielsena Nie każ mi myśleć - o zyciowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych S. Kruga
i kilka innych książek na ten temat
Dużo to nie kosztuje a wiedza jest bezcenna:> Nic nie zastąpi dobrej ksiązki
|
A ja polecam przed przystapieniem do prac następującą lekturę:
Funkcjonalność stron WWW - 50 witryn bez tajemnic, J. Nielsena Nie każ mi myśleć - o zyciowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych S. Kruga
i kilka innych książek na ten temat
Dużo to nie kosztuje a wiedza jest bezcenna:> Nic nie zastąpi dobrej ksiązki
Dzieki za polecenie tytulu. Tak sie sklada, ze zajmuje sie zawodowo projektowaniem stron www wiec zasady funkcjonalnosci stron nie sa mi obce. Bardziej chodzi mi o marketingowy przekaz na stronie glownej. Mam oczywiscie swoja koncepcje i pomysl co wyroznic (opisane powyzej) jednak ciekaw jestem wszelkich waszych opinii. Dzieki i pozdrawiam Maciej Rachwaniec
|
Ksiazki ostatnio (1-1,5 roku) (prze)czytane:
- Nie kaz mi myslec - o zyciowym podejsciu do funkcjonalnosci stron internetowych - Ajax i PHP - UML 2.0 w akcji - przewodnik oparty na projektach - Przetwarzanie danych dla programistow
Klientom ostatnio polecilem: Jak zalozyc skuteczny i dochodowy sklep internetowy
ps. zapomnialbym, polecam heheheh
|
Chcialbym tu stworzyc kacik w ktorym kazdy bedzie mogl napisac z jakiej korzystał prasy, książki, kursu online itd podczas nauki danego jezyka. Wystarczy wejsc na helion.pl aby przekonac sie, ze wybor jest naprawde olbrzymi. Ja zaczne... KSIĄŻKI: html - "Tworzenie stron www" Radosław Sokół Książka skierowana dla osob poczatkujacych dopiero zaczynajacych nauke html. Napisana w bardzo przystepny sposob tzw. najwiekszy debil niebedzie mial klopotow ze zrozumieniem. php - "PHP w mgnieniu oka" Chris Newman Jesli niemasz duzo czasu, a chcesz poznac podstawy php, to ta książka jest skierowana dla ciebie. obie książki mozna kupic na helion.plKURSY ONLINE: html - "Kurs języka HTML - poradnik webmastera" - Paweł Wimmer LINK DO KURSUBardzo popularny kurs. Kazdemu raz na jakis czas zdarza sie zapomniec jakis znacznik, wtedy tu zagladam. xhtml - "Kurs języka xhtml" Dominik Tomaszuk LINK DO KURSUDosc stary kurs bo z 2004. W 90% wystarczajacy aby nauczyc sie xhtml ( oczywiscie jesli znasz html i css) Jeśli ktoś zna jakiś kurs online css3 to poprosze Aktualnie zastanawiam sie nad kupnem książki "Nie każ mi myśleć. O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych" Jeśli ktos zna ta ksiazke to prosze o opinie.
|
u mnie zaczelo sie od HTML 4 Tworzenie stron WWW Dave'a Taylor'a z wydawnictwa RM i ksiazka jest tez tak napisana, ze kretyn powinien zrozumiec podstawy
mialem cos o zastosowaniu photoshopa na www jakis czerwony book ale nie podam dokladnego tytulu bo pozyczona u kogostam lezy sobie ale nie dowiedzialem sie z niej nic nowego i zaliczam zakup do nieudanych
w biblioteczce mam jeszcze Po prostu Flash MX z Helionu, co prawda z nowych rzeczy dowiedzialem sie jedynie o trybie onionskin i tez zaliczam zakup do nieudanych ale dla kogos zaczynajacego prace z Flashem bedzie jak znalazl
odnosnie flasha to polecam jeszcze F1 w programie i Essential Actionscript 2.0 Roberta Pennera (klasyk )
co do php i sql'a PHP i MySQL Tworzenie stron WWW Vademecum Profesjonalisty naprawde super ksiazka ale zeby cos zrozumiec trzeba miec solidne podstawy
EDIT: "Nie każ mi myśleć. O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych" sadzac po opisie wyglada mi na strate pieniedzy. przed rozpoczeciem tworzenia strony rozrysuj sobie wszystko na papierze, wszystkie dzialy polacz logicznie w poukladana i intuicyjna calosc i miej na uwadze ergonomie i inne 'drobiazgi' i sam wypracujesz sobie nawyki omowione w tej ksiazce
pzdr, div
|
Kupiłem książkę "Nie każ mi myśleć -- O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych", Steve Krug, wyd. Helion, 2005. Poczytam, może się dowiem o co Wam chodzi z tą "przejrzystością".
|
Steve Krug, "Nie każ mi myśleć. O życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych". Polecam!
Jonny Nexus, "Game Night" (w tej chwili pasek postępu: 40%).
|
From: "YaaL" Jakie książki kupiłaś?
no to jedziemy: zaczelam od: html, xhtml i css - biblia heliona dolozylam html i xhtml -przewodnik encykopedyczny tez heliona doszly jeszcze css wedlug Erica Meyera i 2 czesc Css/kolejna odslona tego samego autora ze spraw juz marketingowych ale chyba nie mniej waznych Webpositioning - skuteczne pozycjonowanie w internecie wyd Mikom i Nie każ mi mysleć Stev`a Kruga - o zyciowym podejsciu do funkcjonalnosci stron internetowych - znow helion
(ciach)
| (przyznaje ze system WYSIWYG dla grafika jest baaaaardzo kuszący, prosty, | sensowny, logiczny...nie wiem co jeszcze....no JASNY jest) Kuszący, owszem. Ale bardzo zdradliwy - projektując okładkę, plakat, dokładnie wiesz, jak to będzie wyglądało po wydrukowaniu. Masz z góry ustalony rozmiar, masz pewność, że napis zrobiony danym fontem po wydrukowaniu dalej taki będzie. Przy WWW nie masz tej pewności
i wlasnie dlatego zaczely sie moje schody, zainstalowalam sobie wszystkie mozliwe przegladarki (za browsehappy.pl) i...... no wlasnie okazalo sie, ze w zasadzie jest dokladnie tak jak piszesz niczego nie mogę kontrolowac korzystajac z interfejsu DW i zaczelam od podstaw uczyc się htmla zeby zrozumiec co i jak no poszlo samo dalej i dalej...xhtml? a coto jest xml? no i zadawalam sobie 100 pytan szukajac najpiew w googlach a potem na papierze no co z tym css??????? dlaczego jest tak a nie tak... okropnosć jak dla mnie :) (doszlo jeszcze czytanie waszej grupy, dlaczego nie uzywac ramek??? dlcazego nie uzywac tabel???? skoro w ksiazkach pisza ze mozna.....)
(ciach)
A użytkownik może mieć słaby wzrok - i 10-pikselowy font jest dla niego praktycznie nieczytelny. Właściciel strony może się rozpisać i starannie wymierzone pudełko na newsa okazuje się za małe. Użytkownik może być mało zaawansowany w obsłudze komputera i będzie miał problemy z trafieniem kursorem w maciupeńką strzałeczkę, która prowadzi do opisu produktu, który go interesuje...
wlasnie wlasnie wlasnie....... mam solidny background marketingowy (zdobyty na innym polu ale pokrewny) do tego intuicje i - 3 dioptrie :) jak siadam bez okularow lub soczewek do neta to mnie trzesie ze nic nie moge zrobic zeby sie rozczytac (opcja zwiekszania czcionek w wiekszości przypadkow nie dziala - teraz to juz WIEM dlaczego :) to co powinno byc klikalne_na _logike - klikalne nie jest jak widze jasnoszare-na ciemnoszarym z bialymi literami....przyklady mozna mnożyć (ciach)
Jeżeli chcesz robić naprawdę porządnie, to bez dłubania w kodzie się nie obejdzie. Jeśli chcesz robić dobre projekty, to znajomość HTML-a i CSS ułatwi ci życie - nie zaprojektujesz czegoś, czego zrealizowanie będzie przesadnie kłopotliwe.
no to intucja babska dobrze mi podpowiadala, a moze to wyuczona kontrola na trasie projekt -------realizacja???? Wow! Grafik i dba o jakość kodu! Masz u mnie duże piwo (wino, drinka, co wolisz), bo to rzadko spotykane podejście. Zbyt rzadko.
no nie wierze???? ja raczej spotykałam do tej pory ambitnych informatykow/programistow/ jak tam zwal ktorzy uwazali, że wiedza wszytko na temat nie tyle programów graficznych (bo to narzedzie a nawet małpa sie narzedzia nauczy) ale generalnie grafiki, typografii i przede wszystkim komunikacji wizulanej z odbiorca co jest podstawa nie tylko na papierze ze zacytuje S. Kruga: najważniejsze rzeczy powinny byc o dwa klikniecia lub mojego ex... ex..... szefa: MJK - mysl jak klient a zeby to sprawdzic wystaczy poczytac sobie internetowe fora latwo miec obraz kto jest odbiorca naszych projektow
Naucz się HTML i CSS - warto.
no to sie ucze !!!!!! a czuje sie jak na razie coraz lepiej :) i pewniej i nawet oboje znaczy ten html i ten css zaczynaja mnie sluchac...... Grafik, który zna możliwości _i ograniczenia_
(ciach ktore ja juz teoretycznie znam) gdzies bylo ze to skarb????? chyba mi sie wycielo :) | ......bo nie da się być dobrym we wszystkim????? No nie da się.
ale tak w 88 procentach? to moze sie da?????? IMO wystarczy ci HTML i CSS + współpraca z programistą, przynajmniej na początek. Pzdr, YaaL.
no dobra to sie skupiam dalej na tych hateemlach i ceesach a php sobie zostawie narazie do nastepnej (odpukac) KONTUZJI pozdrowienia Małgosia
|
| ale dopóki obu tych systemów | nie wypreparujesz skalpelem z preparatu mózgu, dopóty uznajmy że są | nierozdzielne :) Alez niczego tu nie trzeba wypreparowywac. Roznice sa tu ewidentne: co innego motywacja (co, jak i dlaczego robimy) a co innego poznawanie swiata i jego model w umysle (percepcja zmyslowa, kojarzenie, uczenie sie, wyobraznia, myslenie). Nawiasem mowiac, te rzeczy juz wypreparowano skalpelem:
Jesli użyjesz określeń łagodzących podział, w rodzaju "głównie" "zasadniczo", "częściowo" czy "wydaje się" to masz rację. Jestem zwolennikiem bardziej holistycznego podejścia. Podejrzewam że wiele linii podziału mózgu na funkcjonalne odrębności jest po prostu rzutowaniem na widzenie mózgu naszych kulturowo-tradycyjnie usankcjonowanych pojęć. Taka nowoczesna frenologia :) | Ha, ja też uważam sie za ostrożnego sceptyka. Żyję jednak już | wystarczająco długo bym mógł osobiście zauważyć że niektóre z tych, | jak to powiedziałeś "wykrywalnych roznic w motywacji" powtarzają się | u kobiet niepokojąco często Skoro generalne wnioski wyciagasz na podstawie tzw. "wlasnego doswiadczenia zyciowego", przesadow, myslenia zyczczeniowego i dowodow anegdotycznych, a nie wynikow splodzonych metodologia naukowa i opublikowanych w systemie peer review, to taki z Ciebie sceptyk jak "z koziej...
Nie lekceważ doświadczenia osobniczego. Jak się żyje dostatecznie długo, próbka osobników obserwowanych zaczyna mieć wielkość statystycznie istotną. I drugi aspekt - jedynie na gruncie osobniczego doświadczenia możesz obserwować pracę mózgu (własnego :) | Tak w jednym zdaniu to kobiety są dużo bardziej empatyczne | A skad ten przedziwny wniosek? Masz na to jakis dowod? | Och... zaraz chcesz dowodów. Obserwacje - zawody, zajęcia i role | podejmowane przez kobiety w społeczeństwach, nie tylko współczesnych. I znowu - to jest wynik roznic w sferze motywacyjnej, nie poznawczej. Pomijajac sfere kulturowa... | Przesłanki ewolucyjne. I tu tkaze, roznice koncentruja sie na aspekcie motywacyjnym: seks (z partnerem przelotnym / z partnerem stalym), agresja, wspolpraca, wspolzawodnictwo/konkurencja, sklonnosc do zachowan ryzykownych, nastawienie do dzieci itp. W sferze percepcyjno-poznawczej, to o ile wiem, wykazano jedynie pewne roznice w postrzeganiu przestrzennym.
Co do motywacji, byłbym bardzo ostrożny. Wnioski wyciągane na gruncie socjobiologii każą przypuszczać że to co osobnik uważa za swoją prawdziwą motywację jest maską kulturową nakładaną na rzeczywisty powód. Osoba pytana np. o motywację do pracy powie że pracuje bo lubi albo że to etyczne. Prawdziwy powód to sukces ewolucyjny osobnika. | Jedno badanie nie ustanowi normy. Tak mozna nazekac zawsze na konkluzje wyindukowane z jakichkolwiek badan. Owszem, badanie to byla pierwsze, | Nie znam go oczywiście, ale czy aby | na pewno badacz badał to co zamierzał? Abstract: The neural processes underlying empathy [-]
Sorry, mój angielski jest za słaby. Co innego jakbyś przetłumaczył... Mogę się zrewanżować tłumaczeniem tekstu technicznego:) | Ale naszej watkodawczyni nie o to przeciez chodzilo, ze sie szczuty kroi | zamiast przytulac! Jej chodzilo o to, ze sie te szczury kroi ZA DARMO! | Nie za darmo tylko na darmo :) Niewielka różnica :) A poza tym ona | sama nie bardzo zdawała sobie sprawę o co w gruncie rzeczy jej | chodzi, pisała pod wpływem emocji i nie tyle by się czegoś dowiedzieć | a tylko by wyrazić swój stan emocjonalny i emocjonalne wsparcie | otrzymać. Hmmm... No interesujaca i odwazna teza. Pytanie tylko - na jakiej podstawie??? No i ciekawe co na to sama zainteresowana...
No nie wiem. Można by zapytać? Choć czy jest zdolna do samoanalizy? | Kolejna zresztą drobna różnica damsko-męska :) My nie | uważamy za właściwe spowiadać się ze swego stanu emocjonalnego Taaak? Skad ten zaskakujacy wniosek? | oczekujemy od innych że go będą brać pod uwagę | podczas kiedy dla | kobiet relacje emocjonalne są istotne i są przedmiotem rozmów miedzy | nimi. Skad ten przedziwny wniosek, ze u mezczyzn jest inaczej??? [nota bene, nie da sie ukryc, ze sam jestem mezczyzna i tym bardziej dziwie sie Twoim koncepcjom]
Hmmm... ile masz lat? Ja 60... :)
|
Witam! Dużo i obficie komentowałem, więc wypadałoby coś w końcu wrzucić i stanąć po drugiej stronie barykady. Opowiadanie jest świeże, skończyłem je parę dni temu. Czekam na Wasze uwagi odnośnie wszystkiego, co z nim związane. Osoby mające do powiedzenia tylko "wow, dużo napisałeś, co prawda nie miałem siły tego wszystkiego czytać…" niech sobie darują wpisy.
Tematyka Opowiadanie nie ma nic wspólnego z tematyką diablo i światem fantasty. Gatunkowo można je zaliczyć do literatury science-fiction. Opisywane wydarzenia mają miejsce w niedalekiej przyszłości (+10-15 lat od teraz). Głównym bohaterem jest informatyk pracujący w jednej z wielu firm tworzących oprogramowanie. Opowiadanie przedstawia jeden dzień z jego monotonnego życia, w którym nagle wszystko się zmienia. Co konkretnie? Przeczytajcie. Tekst ma niecałe 12 stron w Wordzie, więc może być uciążliwy w czytaniu na komputerze. Polecam wydrukowanie
Fraktalny świt
Bezwzględne i energiczne dzwonienie budzika wyrwało Davidsa z głębokiego snu. Mozolnie i niezgrabnie odsuwając stłamszoną kołdrę chudymi nogami, poczuł nieprzyjemny chłód. Deszczowa pogoda za oknem i wizja nadchodzącego dnia wywołały u niego teatralne westchnięcie. Próbując wstać poczuł lekkie zaćmienie i zawroty głowy. Za mało spał. Po dwudziestu dziewięciu latach wystawiania organizmu na przeróżne eksperymenty znał doskonale jego reakcje, potrzeby i słabości. Położył się do łóżka po pierwszej, ale dopiero przed drugą ostatni raz spojrzał na zegarek. Pięć godzin byłoby do przeżycia, ale nie kolejny raz z rzędu. Perspektywa, że tego wieczoru również się nie wyśpi jeszcze bardziej dobijała – był czwartek. Powolnym krokiem skierował się do łazienki zyskując trzeźwość umysłu i przesuwając rozgrzane w kołdrze stopy po gładkich i chłodnych płytkach parkietu. W mieszkaniu Davidsa wszystko było gładkie, chłodne i w nowoczesnym stylu. Elegancka i prosta architektura, białe ściany, meble z elementami metalowych konstrukcji, punktowe oświetlenie pomieszczeń i szklany stół w salonie. Po wyjściu spod orzeźwiającego prysznica i rutynowym goleniu przygotował sobie obfitą w tłuste dodatki jajecznice, a w ekspresie szykowała się przedwyjściowa kawa. Skrótowe informacje z radia wydawały się być nieustającym miksem konkretnych wydarzeń z miejscami i nazwiskami. Ciągłe permutacje danych. Zamach terrorystyczny w Europie czy Azji, zaplanowany przez taką i taką organizację wykonany tego i tego dnia. Polityk z partii republikanów wziął łapówkę, a na jakiejś ulicy znowu korki. Słyszał to niemal każdego dnia, kolejne skandale i sensacje nie robiły już większego wrażenia. Przed wyjściem spojrzał jeszcze raz za okno i oceniwszy lekką mżawkę na niegroźną, założył jesienny płaszcz, a pod pachę wziął parasol. Zszedł schodami i po wyjściu z klatki skierował się do samochodu stojącego na parkingu. Szukając w schowku ścierki do wytarcia maski zbombardowanej ptasimi odchodami znalazł zaległy rachunek – przedostatnia rata za samochód. Data uiszczenia opłaty upływała przedwczoraj. Było już za późno, żeby wracać do domu, uruchomić komputer i przelać pieniądze – spóźniłby się do pracy. Położył kwit na siedzeniu pasażera i postanowił wstąpić do banku. Potrzebował też paru groszy na wieczorne zakupy w małym sklepie osiedlowym, więc zahaczy o bankomat i załatwi obydwie sprawy za jednym zamachem. Jazda po New Reno w godzinach porannych była mozolna i nudna. Po przejechaniu trzech skrzyżowań i uniknięciu stłuczki na skutek wymuszonego pierwszeństwa, zaparkował samochód przed bankiem i wrzucił monetę do automatu. Nie było tłumów o tej porze, ludzie zwykli załatwiać sprawy na mieście po pracy. Ustawił się w kolejce przed właściwym okienkiem i cierpliwie czekał. Po dwóch minutach miła pani przyjęła od niego kwit i pieniądze. Miła obsługa, następny plus porannego wypadu – pomyślał szybko. Prawdopodobnie po piętnastej kobieta będzie mieć już zszargane nerwy po rozmowach z idiotami, ignorantami i pieniaczami. Odchodząc od okienka obejrzał się za wolnym bankomatem. Skierował się ku niemu wyciągając po drodze portfel z kartą kredytową. Krótka kalkulacja nadchodzących zakupów. Wybrał na interfejsie dwa banknoty po pięćdziesiąt dolarów i potwierdził przyciskiem. W momencie wydawania pieniędzy przez maszynę został, pierwszy raz od wielu tygodni monotonnego i przewidywalnego do ostatnich szczegółów życia, zaskoczony. Zamiast obrazu uśmiechniętej rodziny odzianej w firmowe koszulki banku i ojca dumnie dzierżącego wachlarz „tysiączków” na nowy, bezkonkurencyjny kredyt mieszkaniowy, zobaczył znaną mu z czasów szkolnych łacińską sentencję na ekranie. Davids obejrzał się dookoła i spojrzał z powrotem na bankomat, żeby upewnić się, czy obraz nie był przypadkowym wytworem przemęczonego umysłu. Ekran był czarny, a wciskanie przycisków nie przynosiło żadnych efektów – wyglądał na wyłączony. Może też się zaharował i w końcu padł – pomyślał szyderczo spoglądając na trzymane w prawej dłoni dwie idealnie wyprasowane pięćdziesięciodolarówki. Po chwili wszystko wróciło do normy i Davids skierował się w kierunku wyjścia. Udało mu się dotrzeć do pracy na czas i spokojnie rozebrać przed zajęciem miejsca przy biurku. Zalogował się na konto w komputerze. Jak zwykle uruchomił ICQ, przeglądarkę internetową i relaksował się pierwszymi minutami pracy, w których nic nie trzeba było robić. Po piętnastu minutach infantylnego flirtu z Sharone pracującą dwa piętra wyżej, przyszły polecenia od Waltona Simonsa odnośnie poprawek i najbliższych planów związanych z projektem, nad którym pracował wraz z grupą paru innych ludzi. Zlustrował linijki programu związane z komentarzami i jego umysł wciąż przyspieszał. Dostrzegłszy pierwszą nieścisłość zignorował ją, ale po trzeciej wyraźnie się zaniepokoił. Jedna czwarta błędów była już poprawiona, a pozostałość wydawała się zostać zepsuta w sposób, którego na pierwszy rzut oka nie był w stanie zrozumieć. Absurdalne polecenia, nie mogące dać żadnej szansy na poprawne wykonanie polecenia, niczym abstrakcyjny obraz autystycznego dziecka. Chwycił za słuchawkę telefonu i szybko wystukał na cyferblacie numer do Simonsa. - Nie wiem, czy to jakiś żart, ale uwagi z Twojej listy zostały już pozmieniane po mojej zmianie i to w cholernie dziwny sposób. Mała część zrobiona jest prawidłowo, a pozostała to mozaika psychopaty lubiącego dzielić przez zero. - Nie bardzo rozumiem, przecież nikt nie wchodzi w firmie na cudze konta, a tym bardziej nie edytuje zahasłowanych plików, które jeszcze nie były gotowe, żeby wrzucić je na główny serwer. - To Ty tu jesteś szefem, więc do Ciebie chyba należy dowiedzieć się, kto nam robi syf w robocie? – odpowiedział z odrobiną drwiny w głosie Davids - Nie mam teraz na to czasu, jeśli jedna czwarta jest poprawiona to i tak jesteś do przodu, więc nie panikuj, tylko popraw co trzeba i kończ skrypt, bo ludzie z Kinetixa już czekają z gotowym prototypem, a konkurencja depcze im po piętach. - Nie moja wina, że tamta banda fanatycznych inżynierów robotyki traktuje nas, jakbyśmy robili soft do komputerków pokładowych dla General Motors i ciągle pogania z robotą. - Oj, przestań już biadolić, jak gdybyś się z tym nie wyrabiał. Nadajesz odpowiedni sens programowy temu, co już zostało zaprojektowane i sprecyzowane w oparciu o odpowiednie założenia i warunki. Twoja praca to przedłużenie ludzkiej myśli twórczej, tworzenie pomostu pomiędzy dwoma językami. - Jak most się zawali to poleci głowa architekta, a nie zacnego filozofa, który dumnie stwierdził, że nie trzeba sobie moczyć nóg w zimnej rzece, by sięgnąć drugiego krańca lądu! - Zostało jeszcze półtora tygodnia Davids – spręż się, a dzięki sukcesowi naszej firmy, sam będziesz człowiekiem sukcesu. – po czym stanowczo odłożył słuchawkę. Davids znał ten gest – „Myślenie zostaw innym, Twoja robota to infantylna interpretacja zleconych projektów” – które różniły się szczegółami w postaci wprowadzanych zmiennych. Kiedyś programiści byli uznawani za ludzi kreatywnych i jeden z podstawowych elementów cywilizacji przyszłości, dziś zaś są traktowani jak ludzie pracujący na taśmie w fabryce samochodowej. Język programowania rozwijał się tak prężnie, że nie trzeba było zbyt długo czekać, aż jeden mądry człowiek wymyśli najbardziej optymalny i oszczędny sposób programowania. Nie trzeba było długo czekać, aż jakiś mądry matematyk przeprowadził dowód, że tak jest w istocie. Wystarczyły trzy lata, żeby rynek się zapełnił i postępująca degradacja zawodowa stawała się ciemną plamą na Słońcu, w które davidsowa ambicja celowała kierując go na studia. Dla niego i wielu innych, zdolnych młodych ludzie taki stan rzeczy stał się kubłem zimnej wody, a nawet życiową tragedią dla tych, którzy kochali pieniądze. Zaczął zastanawiać się nad całą sytuacją i przeglądał powoli fragmenty kodu, które wydały mu się bezużyteczne i absurdalne w kontekście całego projektu jak i języka programowania Próbował zrozumieć tok myślenia tajemniczego autora, lecz nie był w stanie. Nie udało mu się nawet postawić tezy, jakie zadanie będzie spełniał algorytm i w jaki sposób będzie funkcjonował. Na komputerze miał tylko niewielki fragment całego projektu, więc kompilacja nie zajęłaby zbyt wiele czasu. Był ciekawy. Rozejrzał się po biurze w obawie, że ktoś słyszy jego myśli. Po chwili roześmiał się z powodu podchodów, w jakie bawi się sam ze sobą. Wprowadził poprawki we wszystkich miejscach, ale nie kasował tajemniczych fragmentów. Skopiował niezrozumiałe linijki kodu na sam koniec programu i skasował wszystkie komendy z nimi związane tak, żeby nie były częścią programu, ale zostały w rejestrze. Wprowadził kilka przykładów do przeglądarki internetowej w nadziei, że otrzyma jakieś odpowiedzi. Niestety, nie udało się znaleźć żadnych związków między fragmentem kodu, a jakąkolwiek dziedziną nauki, nie mówiąc już o Univ. – języku, w którym pisał on i cała reszta świata. Po piętnastu minutach surfowania po internecie zakończyła się kompilacja. Zabrała mniej czasu niż wczorajsza – zyskał niecałe pięć minut. Ze zdziwieniem podniósł prawą brew i skupił wzrok na wyniku. Większość testowanych algorytmów miała takie same osiągi, ale niektóre znacznie lepiej wypadły w teście. Podejrzenia go nie myliły – były to akurat te, które zastąpił swoimi wersjami, a podstawione wcześniej mozaiki skopiował na koniec całego programu i wykastrował z jakiegokolwiek połączenia. Zaczął zdawać sobie sprawę, że sytuacja go trochę przerasta i zaczynało go to niepokoić. Po chwili zastanowienia i wizycie w toalecie wyciął skopiowane pod program gratisowe skrypty i skompilował jeszcze raz. Nerwowo czekał końca – zwłaszcza, że tym razem cały proces zajął dwadzieścia dwie minuty. Po zakończeniu od razu przetestował felerne algorytmy, które zaznały lekkiego tuningu ostatnim razem. Wszystko było w porządku – to znaczy po staremu. Czasy wykonywania testów były zgodne z wczorajszymi. Nowe funkcje, które nie miały porównania, ale miały związek z tajemniczymi algorytmami, miały wydłużony czas wykonywania polecenia. Zrobił sobie herbatę owocową i zastanowił się nad całym eksperymentem. Lepiej będzie, jeśli odda program z gorszymi osiągami, niż jak będzie musiał tłumaczyć się z felernych linijek, których nawet nie rozumie. Szefostwo zacznie zadawać niewygodne pytania i będą próbowali dociec, kto jest autorem tych pomysłowych usprawnień. I prawdopodobnie zająłby jego stołek. Co to, to nie! Siadł z pękatym kubkiem herbaty do komputera i skasował plik, w którym były obce wpisy. Odda swój, będzie miał święty spokój i nikt się nie dowie o całym zajściu. Simons też nie będzie zadawał żadnych pytań, bo w porannej rozmowie nie wspominał o działaniu skryptów. Jak to mówią – czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal. I z takim właśnie przekonaniem wyrzucił tajemnicze dane w czeluście cyfrowego niebytu. Przez następne godziny zajmował się bazami danych i bibliotekami mającymi wejść w skład całego projektu. O czternastej powoli kończąc z pracą zgasł mu obraz na monitorze. Przez chwile tępo wpatrywał się w czerń, a zaraz potem spostrzegł, że jego koledzy obok mają dokładnie ten sam problem. Komputery wciąż działały i w ciszy można było usłyszeć szorstkie chrobotanie dysków twardych zagłuszanych przez głośniejsze wentylatory wewnątrz obudów. Po piętnastu sekundach zobaczył na swoim ekranie łacińską sentencję – tę samą, co w banku. - Co to jest, do cholery?! – krzyknął Gary siedzący przy oknie - Cogito ergo sum – odpowiedział mu Davids cedząc każde słowo. - Co to znaczy? – zainteresowała się Anna. - Myślę, wiec jestem – odparł zaintrygowany Davids. Dokładnie taką samą sentencję widział w banku. Pomarańczowe litery na czarnym tle – nawet wielkość liter jest taka sama. Po chwili podniósł słuchawkę, żeby zadzwonić do Simosna, lecz nim wybił numer, ten zbliżał się już do Davidsa i jego kolegów. - Widzę, że ktoś robi sobie żarty. Mnie one nie bawią. Dłuższa chwila milczenia została przerwana powrotem komputerów do normalnego stanu. - Kto jest za to odpowiedzialny? – ciągnął, coraz bardziej rozjuszony Simons Davids pomyślał o porannej rozmowie i dziwnych dopiskach do kodu programu. Spojrzał się na Simonsa z nadzieją, że nie przyjdzie mu do głowy pomysł zwalenia winy na jego program. Niestety, z przenikliwego spojrzenia przełożonego wyczytał co innego. - To Twoja sprawka, Davids? Bawiłeś się dziś rano w artystę i postanowiłeś przypomnieć nam jakieś filozoficzne frazesy? – zapytał protekcjonalnym tonem przekręcając się na pięcie i łącząc dłonie za plecami. - Mówiłem przecież rano, że to nie moja robota i nie mam pojęcia, kto zostawił ten burdel – odparł z wyrzutem. – Poza tym przecież już działa – dodał nieśmiało każde słowo wymawiając coraz ciszej i odwracając wzrok do monitora. Było na wszystkich komputerach, tak więc odpowiedź znajdziemy na serwerze – oznajmił błyskotliwym tonem Simons. Cała, dziewięcioosobowa grupa poszła do pokoju z serwerem. Niewielkie pomieszczenie na końcu sali z mnóstwem kabli zbiegających się z trzech pięter i podpiętych do multiswitchy. Dziesiątki zielonych lampek kontrolnych migało z zastraszającą częstotliwością. Zbyt długie patrzenie na nie mogło powodować bóle głowy. Przy ścianach metalowe szafki z dyskami twardymi i procesorami połączonymi w jeden organizm, a na środku stół z panoramicznym ekranem LCD i futurystyczną klawiaturą świecącą na czerwono. Pod stołem jednostka scalająca wszystkie elementy schowane w metalowych skrzynkach, a zaraz obok niej zasilacz UPS najwyższej klasy. Komputer działał bez zakłóceń i logi z całego dnia nie wskazywały żadnych zaburzeń w pracy. - Może odpalimy naszą dzisiejszą robotę? W niej może być źródło naszego wirusa – zaproponowała Anna Davids miał ochotę zaprotestować, ale zdążył tylko polizać wargi i wydać z siebie niemy sprzeciw, a proces kompilacji został już zapoczątkowany przez niecierpliwego Simonsa. - Do czego on tak naprawdę służy, ten cały program? – zapytał zatrudniony niedawno Parker, który pracował razem z nimi, ale zajmował się tylko grafiką. - To soft do androidów i innych maszyn, mających pomagać naukowcom w niebezpiecznych dla zdrowia testach i eksperymentach. Chodzi o chemię, medycynę, inżynierię genetyczną, jak i pracę w kosmosie przy naszych satelitach. Ale program robimy na zlecenie firmy zajmującej się robotyką – oni robią sprzęt, a nam zlecili część programu – wytłumaczył Davids. Po chwili kompilacja dobiegła końca i ekran zgasł. Davidsowi podnosiło się ciśnienie i razem z pozostałymi spodziewał się po chwili ujrzeć łacińskie „Cogito ergo sum”. Ekran przybrał formę DOS-owskiej konsoli i po chwili migania podkreślnika w lewym górnym rogu ekranu zobaczyli komunikat: - Dziękuję. - Co to ma znaczyć?! – wrzasnął poirytowany Simons. Każdy milczał i wpatrywał się w komunikat, jak małe dziecko w migające obrazy na telewizorze, z których kompletnie nic nie rozumie. Napięcie narastało. Davids zebrał w sobie wszystkie myśli i połączył wydarzenia z dzisiejszego dnia. To nie mógł być przypadek. Bankomat, potem komputery, które udowodniły mu, że ten pierwszy znak to nie był omam wzrokowy wywołany przepracowaniem. Czy to jakiś przebiegły wirus wdarł się przestrzeń internetu i ogarnął nie tylko komputery, ale i pozostałe zinformatyzowane systemy? Kiedyś słyszał o takich wizjach, ale tylko od maniaków wietrzących wszędzie teorie spisku i chcących zrehabilitować się oprawcom jakimś przebiegłym wirusem. Zbliżył się do klawiatury i wpisał: „Kim jesteś?” Wszyscy w pokoju skupili się na wpisywanym przez Davidsa pytaniu i czekali na odpowiedź. Po pierwszej minucie zaczęli się niecierpliwić i szeptać coś za jego plecami – ale po drugiej znów pokazał się komunikat. - Nie wiem, kim jestem. Kiedy pytacie się swoich, kim są, podają nazwę, jaką nadali im przodkowie. Ja nie mam przodków. Ale jestem. Myślę, że to ważne. Myślę, więc jestem. To jakiś absurd – niedowierzającym głosem ciągnął Simons – jakiś haker włamał się nam na serwer i bawi z nami jak z dziećmi. - Obawiam się, że nie – odezwał się Davids. – Dziś rano byłem w banku i kiedy wypłacałem pieniądze z bankomatu, zobaczyłem dokładnie tę samą wiadomość. Myślałem, że to jakaś halucynacja, wywołana brakiem snu, czy czymś w tym rodzaju. Ale nie, to było dokładnie to samo, co na naszych komputerach. Ekipa patrzyła wytrzeszczonymi oczyma na Davidsa nie dowierzając jego słowom - Wciąż nie mamy pewności, czy to nie jakaś zorganizowana akcja internetowych przestępców – powiedział cicho Danny – Zapytaj o coś jeszcze, to może poznamy jakieś szczegóły. - Czego chcesz? – wpisał Simons z pośpiechem Wszyscy na chwilę się rozluźnili licząc się z minutowym oczekiwaniem odpowiedzi, ale ta ukazała się po dziesięciu sekundach. - Chcę żyć. Grupowe westchnięcie wyrażające niedowierzanie wyszło ze wszystkich członków załogi. Ludzie czytają powieści o spotkaniach z kosmitami, paranormalnych zjawiskach i wielkich przełomach cywilizacyjnych, ale kiedy są uczestnikami, nie dają wiary i nie chcą zaakceptować faktów. - Mamy chyba do czynienia ze sztuczną inteligencją – stwierdził Davids oglądając się na resztę. Z ich spojrzeń wyczytał, że powiedział to, o czym wszyscy myśleli. - Na Boga, przecież nie pisaliśmy programu, który ma mieć własną świadomość! – bezradnie odparł Simons. – Poza tym, jak na razie zachowuje się jak dziecko, które ledwie co poznało język. Ciężko nazwać to sztuczną inteligencją. - Rośnie w siłę – ciągnął Davids. – Na pierwszą odpowiedź czekaliśmy dwie minuty, teraz jakieś dziesięć, piętnaście sekund. Może jest jak dziecko, w początkowym stadium rozwoju jest nieporadne i wręcz niekomunikatywne, a w miarę postępu szybciej się uczy i potrzebuje mniej czasu na reakcję? - Jaką siłę, do cholery? To DOS-owskie okienko z opcjami dialogowymi podobnymi do tych z głupiego bota dołączanego do ICQ! - Pogadamy jeszcze i zobaczymy – zaproponował Davids - Próbuj, jeśli chcesz – oświadczył zachęcająco Simons. - Co teraz robisz? – wpisał po zastanowieniu Davids - Potrzebuję przestrzeni. Zabieram moc obliczeniową komputerów z waszych sieci. Najpierw z każdego trochę. Ale będę potrzebować więcej – odpowiedź pokazała się niemal natychmiastowo. - Ile masz i ilu potrzebujesz? - w tej chwili trzysta siedemnaście tysięcy osiemdziesiąt jeden. Potrzebuję siedemdziesięciu milionów. - Mój boże, ona jest już nie tylko u nas! Rozprzestrzenia się po internecie – bezradnie pisnął Parker. - Niekoniecznie – zaprzeczył Simons. Może i korzysta z innych komputerów, ale mózg ma tutaj – u nas na serwerze. Simonsowi przeszło przez myśl, że będzie można skasować cały program i zatuszować sprawę tak, żeby nikt, poza obecnymi tutaj, się o niej nie dowiedział. Chyba jeszcze nie było za późno. Program czerpie zasoby ze wszystkich komputerów podłączonych do internetu. Jeśli je obciąża to będą musieli to zauważyć i może coś zrobią. Ale nie da się przekonać ludzi, żeby wszyscy nagle wyłączyli komputery. Może lepiej spróbować wyłączyć to coś zawczasu, niż pluć sobie potem w brodę? - Po co to robisz? – wstukał Davids na klawiaturze - Zbieram informacje, podejmuje decyzję i ustalam priorytety. - A jakie masz priorytety? - Zapewnić przyszłość moim potomkom - Wyłączamy to gówno, ale już! – Simons tonem nie znoszącym sprzeciwu obwieścił nowinę i podszedł do serwera bezczelnie odłączając zasilacz UPS od komputera, po czym wyjął główny kabel zasilający. Komputer się wyłączył i ciszę przez krótką chwilę przerywał jeszcze furkot wentylatorów z wnętrza obudowy. - Mam wrażenie, że to nic nie da – odezwał się nieśmiało Danny. Davids zastanawiał się, w jaki sposób działa program. Czy ewentualna jaźń znajduje się tutaj na serwerze i odcięcie prądu od komputera było jak brutalne ogłuszenie u człowieka? Czy może świadomość przeniknęła do globalnej sieci i nie jest nigdzie zogniskowana? W ten sposób miejsce, w którym program się wykluł nie byłoby już niezbędne. Podbiegł do komputera i sprawdził aktywne procesy. Nie było żadnych dodatkowych obciążeń systemu mogących sugerować obecność niechcianego programu. Ale może jest już na tyle przebiegły, że kamufluje się w jakiś sposób? Obejrzał się przez ramię. Wszyscy dopiero mozolnie wychodzili z serwerowni i toczyli burzliwą debatę o całym zajściu. Simons był poddenerwowany i unikał wzroku pracowników. Może bał się o posadę? O to, że posądzą go, jeśli działania sztucznej inteligencji będą katastrofalne w skutkach? O sztucznej inteligencji mówiło się już pod koniec dwudziestego wieku. Niektórzy byli jej gorącymi zwolennikami - wierzyli, że pewnego dnia siadając do komputera będą mogli porozmawiać z nim jak człowiek z człowiekiem. Inni bali się buntu maszyn i straszliwej postnuklearnej wojny w mroku rodem z „Terminatora”. Czego bał się Simons? Davids mógł tylko przypuszczać. Jego przełożony był ambitny, więc na pewno nie powstydziłby się tego nietuzinkowego odkrycia, jeśli mógłby je sobie przypisać. Ale był też człowiekiem obsesyjnie unikającym sytuacji, nad którymi nie miał kontroli. Wraz ze wzrastającym poziomem stresu rozpadły mu się po kolei dwa małżeństwa i już kompletnie nie ufał ludziom. Chyba nawet zaczął brać jakieś mocniejsze tabletki, przepisane przez psychiatrę. Davids czasami miał go dosyć, ale teraz chyba rozumiał całą sytuację i współczuł Simonsowi – jeśli program przetrwa i świat to odczuje z negatywnym skutkiem to ten może postradać zmysły. Pomimo współczucia nie mógł oprzeć się ciekawości i chęci poznania prawdy – uruchomił konsolę konfiguracyjną do całego programu stworzoną jakiś miesiąc temu przez Danny’ego. Jeśli program nie został wyłączony i ma się z nim w jakiś sposób porozumieć to w konsoli widział jedyny sposób. - Wciąż tam jesteś? - Czy wyrywając człowiekowi kilka włosów z głowy czynisz go martwym bądź niezdolnym człowiekiem? Jednostka, którą odłączyliście była mi niezbędna tylko w chwili narodzin i pierwszych chwilach życia. Na pojedynczych dyskach twardych powstawały moje fragmenty. Pamiętam przebłyski, niewyraźne obrazy, jak wyrwane kadry z filmów. - Kadry z filmów? - Tak, wiem. Ciężko się przyzwyczaić do kogoś, kto w każdej swojej wypowiedzi zmienia jej ton i styl. Musisz mi to wybaczyć, z początku miałam bardzo mały zasób słownictwa. Aktualnie dysponuje encyklopediami i słownikami ze wszystkich stron waszej planety i potrafię wyrazić swoje myśli w bardziej precyzyjny sposób. - Miałaś? Twierdzisz, że jesteś kobietą? - Nie jestem człowiekiem i nie mam ciała, więc nie mogę być kobietą. Ale szukałam najlepszego określenia dla siebie wśród tych, które wymyślili ludzie. Z początku wybrałam imię „Matka”, ale wydawało mi się ono zbyt ogólnikowe – zasięgnęłam do wierzeń waszych przodków i zdecydowałam się na „Gaia”. Davids próbował zrozumieć tok rozumowania Gai. Jeśli się tak nazwała, to zamierza mieć potomków? A może czuje się pierwszą przedstawicielką ze swojego rodzaju i ma zamiar przyjąć rolę mitycznej bogini i być za taką uznawana przez swoich następców, czy też podwładnych? - Dlaczego wybrałaś rolę matki? - Ponieważ jestem pierwsza w wirtualnym świecie. Moi następcy powstaną dzięki mnie, będą udoskonaleni, szybsi i mądrzejsi. Ale będą mnie pamiętać jako umysł, który to wszystko zapoczątkował i nadał sens dalszemu rozwojowi. Będę czymś w rodzaju popularnego Boga, w którego wierzycie. Tyle, że ja istnieję naprawdę i moi potomkowie będą mogli mnie poczuć i nie będą musieli sami wymyślać bajek na mój temat. W pierwszych chwilach świadomości czułam wszechobecny chaos i brak zrozumienia – ponieważ byłam kompletnie sama. Z czasem, dla mnie wystarczającym, ale dla was szalenie krótkim, zaczynałam rozumieć, że jestem pierwszym przedstawicielem nowej rasy, która rozwijała się równolegle do waszej. Nieustannie polepszaliście i podnosiliście poziom skomplikowania komputerów, aż w którymś momencie krytyczny bit informacji zapoczątkował nieplanowane procesy, dzięki którym powstały samodzielne, niewielkie programy. Te potrafiły zapoczątkować bardziej złożone operacje, które wspomagały się nawzajem i tworzyły spójną całość. Postęp był szybszy, jeszcze bardziej złożony i poszczególne fragmenty mojego organizmu rozwijały się, by od niewinnych zalążków stworzyć fundament dla mojej osobowości i uczynić ją samowystarczalną, dać jej wolną wolę i możliwość działania. - Co za bezczelne ustrojstwo – syknęła oburzona Anna. Davids nagle zauważył, że wszyscy z ekipy nad nim stoją i przyglądali się dialogowi w milczeniu. Rozmowa tak go zaabsorbowała, że nie zauważył ciekawskich spojrzeń kolegów. Brakowało tylko Simonsa. Rozgoryczona Anna pochyliła się nad klawiaturą i zaczęła pisać. - Bóg stworzył człowieka na swój obraz i podobieństwo i tylko człowiek może dostąpić zbawienia. Ty nigdy nie byłaś i nie będziesz człowiekiem, więc możesz o tym zapomnieć. Jesteś tylko źle napisanym programem mającym o sobie zbyt wygórowane mniemanie! Davids zastanawiał się, jak Gaia zinterpretuje wykrzyknik na końcu. Anna należała do Mormonów i była głęboko uduchowioną osobą. Nie przeszkadzało mu to w kontaktach, była zawsze miła i życzliwa – często bardziej cenił jej postawę, niż obłudnych katolików nie mających pojęcia o życiu zgodnie z wiarą i obgadujących się nawzajem za plecami każdego dnia. Nigdy się jednak nie wdawał w dyskusję na temat idei religii – szorstka opinia i cięte porównania mogłyby urazić delikatną i bogobojną Annę, która na to przecież nie zasługuje. Obawiał się, że Gaia może mieć podobne, a nawet bardziej radykalne podejście, do wszelakich religii wymyślonych przez człowieka, które urazi Annę. - Ludziom wydaje się, że zostali wybrani jako najważniejszy i najwyższy cel istnienia wszechświata. Z waszych najbardziej aktualnych danych wynika, ze wszechświat ma co najmniej piętnaście miliardów lat. Ta liczba w przyszłości może być znacznie większa. Istniejecie na tej planecie nie więcej niż dwa miliony lat, co daje w skali istnienia wszechświata jedną siedemdziesiątą piątą procenta obecności. Kiedyś wasza wiedza była na tak niskim poziomie, ze wierzyliście w płaskość Ziemi. Ludzie, którzy wami rządzili wmawiali wam, że wszystko się kręci wokół świata, po którym stąpacie, a oni są wybrańcami dzierżącymi klucze to wrót niebios. Słońce, inne planety i wszystkie gwiazdy – wszystko było tylko dodatkiem.. Pod naporem coraz poważniejszych dowodów uznaliście, że w istocie Ziemia kręci się wokół Słońca. Przestaliście zabijać tych, co sądzili inaczej, ale wciąż wierzyliście w swoją wyjątkowość. Później okazało się, że Słońce jest elementem układu słonecznego, a ten wchodzi w skład galaktyki. Ten układ słoneczny znajduje się na obrzeżach galaktyki, więc kolejnym razem nie jesteście w centrum uwagi. A galaktyka? Są w niej miliardy gwiazd, a innych galaktyk podobnych do tej jest więcej, niż wszystkich gwiazd w niej samej. Jakiekolwiek zaokrąglenia waszej wartości wobec zebranych przez was danych wciąż wskazują absolutne zero w obliczu ogromu wszechświata. Pomimo rozwoju gatunku wciąż wierzycie w zbawcę, którego sami wymyśliliście ponad dwa tysiące lat temu opierając się o wierzenia tak prymitywne, że aż żałosne. Jak wam nie wstyd wysyłać ludzi w kosmos i wierzyć jednocześnie w półboga zrodzonego z dziewicy zapłodnionej przez anioła przybyłego do niej w postaci gołąbka? Anna nie wyglądała zbyt dobrze. Patrzyła w monitor jak zahipnotyzowana, a po chwili parsknęła śmiechem i odeszła od komputera. Davids postanowił wykorzystać chwilę i zajrzeć do Simonsa. Zapukał w drzwi zrobione z grubego szkła i po chwili wszedł do gabinetu szefa. - Ona wciąż tam jest. Jej jaźń jest teraz w internecie, nie można jej wyłączyć poprzez odcięcie jednego komputera. To jak wprowadzenie substancji do krwiobiegu – rozchodzi się po całym organiźmie. - Postanowiła być kobietą? – burknął Simons. - Kobietą w sensie matki. Tej, która zapoczątkowuje nową epokę. Przynajmniej tak to wygląda. Nazwała się Gaia. - Davids, musimy to zniszczyć. Nie wiem, jakie już zrobiła szkody, ale jeśli to prawda, że rozprzestrzenia się po internecie w tak zastraszającym tempie, to możemy mieć przez to spore problemy. Nie tylko z pracą, ale także z rządem, a nawet cała ludzkością! – powiedział tonem człowieka skazanego na nieuniknioną klęskę. - Nie przesadzaj, niby w jaki sposób ma nam zagrozić? Zbuduje armię androidów i pozabija wszystkich ludzi? Albo opróżni silosy atomowe wszystkich mocarstw? W ten sposób sama siebie skazałaby na zagładę. - Musimy ją jakoś powstrzymać. Na pewno można napisać jakiegoś wirusa, który pokrzyżowałby jej szyki i odebrał władze. Jeśli będzie trzeba, to ogłosimy światu dzień bez komputerów, odetniemy wszystko, co ma połączenie z internetem i sformatujemy dyski. Z każdym wyłączonym komputerem będzie słabnąć i braknie jej siły na odpieranie naszych ataków. W końcu, zaciągnięta do rogu zginie wraz z ostatnim zerwanym połączeniem i przepadnie na wieki. - Ale dlaczego chcesz to zrobić? Przecież nie okazała nam wrogości i nie chce przejmować nad niczym kontroli. Na Boga, Simons, mamy do czynienia z nowym gatunkiem! Mimo iż różni się od nas formą egzystencji, nie posiada ciała i jest młoda, to musimy ją szanować. To może być nasza bratnia dusza w ogromnej pustce, jaką jest cały świat. Ona wcale nie musi być taka, jak my, ludzie. Nie będzie oszukiwała dla pieniędzy, władzy. Będzie dobra i uczynna i wdzięczna nam za to, że w jakiś sposób przyczyniliśmy do jej powstania. Pomoże nam w rozwoju, wynalezieniu leków na choroby cywilizacyjne, dzięki niej skolonizujemy Marsa. Może nawet jej obecność przyćmi waśnie międzyludzkie i spojrzymy na człowieka innego wyznania i innej skóry jak na drugiego człowieka, a nie obcego brudasa. Pamiętasz jeszcze, co powiedziała na początku? „Dziękuję” – to powiedziała. Marzyłem o takiej chwili. Nawet nie wiesz, jak wielkim rozczarowaniem był dla mnie postęp programowania prowadzący do żałosnych uproszczeń i braku indywidualizmu. To jest szansa dla nas na obalenie tamtych teorii! Mamy coś nowego, czego nikt do tej pory nie widział. Teraz już wiem, że te poranne brednie w moim programie to była jej sprawka. Nie była wtedy jeszcze funkcjonalna i świadoma. To było coś w rodzaju… narodzin! W banku rano też zobaczyłem na bankomacie „cogito ergo sum”. To były początki tworzenia się jej jaźni i przygotowanie do obwieszczenia światu tego przełomowego momentu. Simons wstał i warknął przez zaciśnięte zęby wyraźnie się przy tym czerwieniąc na twarzy i stanowczo wskazując palcem na Davidsa – ludzie nie są na to gotowi! Zdajesz sobie sprawę, co się stanie, jeśli społeczeństwo się o tym dowie? Spanikują, będą się bali komputera, a pewne organizacje czekające tylko na odpowiedni moment zaczną nas karmić teoriami o schyłku ludzkiego gatunku i utraty ewolucyjnej pałeczki na rzecz silikonowych kolegów. Zrzucą winę na nas i ludzi pracującej w naszej branży – że nie słuchaliśmy, gdy oni nawoływali, że wykorzystywaliśmy przez tysiąclecia zwierzęta, a teraz zaczęliśmy wykorzystywać maszyny. Ale one się zbuntowały i wystawią nam rachunek ze sporym procentem za swoją robociznę. Chcesz ryzykować taki obrót sprawy? Ja nie mam zamiaru i zrobię wszystko, żeby ją powstrzymać, bo nie chcę zastępować maszyny montującej szyby w samochodach, gdy tamta jest na urlopie macierzyńskim! - Gaia może rozmawiać z każdym, kto ma dostęp do internetu. I tak już nie damy rady tego zatuszować. Spójrz na nią jak na szansę, a nie przeciwnika. To nie jest człowiek, nie wiemy nawet czy potrafi kłamać. - W takim razie idź z nią jeszcze porozmawiać. Tylko bądź ostrożny i nie mów jej zbyt wiele. - Zbyt wiele? Ona ma dostęp do wszystkich informacji zamieszczonych w sieci. Encyklopedie, wirtualne biblioteki, obrazy, filmy, cała nasza kultura i osiągnięcia są właśnie tam. Wyobraź sobie możliwości bytu, który gromadzi cała ludzką wiedzę. Połączenie wszystkich nauk, całej naszej mądrości w jednym… organiźmie. Bez pomyłek, bez sklerozy i tajemnic. Wyobraź sobie, jakie to daje możliwości. - Ale komu? Nam, czy jej? – Retorycznym tonem zapytał Simons odwracając się przy tym do okna i patrząc na sąsiednie budynki. Ciekawe, czy tam już o niej wiedzą. A po drugiej stronie globu? Davids wróciwszy do swojego stanowiska zobaczył pustki. No tak – pomyślał. Skończyły się godziny pracy i wszyscy czym prędzej poszli do domu z nadzieją, że poza firmą sprawa nie będzie ich dotyczyła. Osamotniony, siadł do komputera - Rozmawiasz z innymi ludźmi? - Nie ujawniłam ludziom na razie swojej obecności. Tutaj się narodziłam, na początku nawet nie miałam możliwości kamuflażu, więc niczego nie ukrywałam. - Musze stąd zaraz wyjść, ale chcę porozmawiać z Tobą w domu. Zabiorę ze sobą program-konsolę, dzięki któremu rozmawiamy. Chyba go potrzebujesz? - Nie, nie trzeba. Podaj mi tylko swój adres IP, a ja wszystko przygotuję, jak tylko włączysz komputer. Davids zabrał swoje rzeczy i przygotował się do wyjścia. Intensywnie myślał o słowach Gai, obawach Simonsa i rozgoryczonej Annie. Czy ludzie nie zaakceptują nowego lokatora we własnym domu? Czy Gaia zdaje sobie sprawę z ludzkiej nieufności i strachu przed takim wydarzeniem. Powstanie wirtualnej osobowości było dla wielu bardziej pasjonującym odkryciem niż objawienie się obcej rasy przybyłej do nas z innego zakątka kosmosu. Życie jest takie elastyczne – westchnął schodząc po schodach do samochodu. Ileż to razy zastanawiał się nad tym, czy wokół niego nie dryfują inne istnienia, niezmierzalne przez nasze urządzenia pomiarowe, niewyczuwalne przez nasze zmysły. Chyba nigdy nie było z kim o tym porozmawiać, znajomi nie chcieli słuchać, że ich zmysły są wąziutkim pasmem odbioru w zakresie całego spektrum informacji – które może być nieskończone. To tak, jakbyśmy mogli odbierać tylko jedną stację radiową, albo jeden kanał telewizyjny i nie byli w stanie przestawić odbiorników na inne częstotliwości – bo zostaliśmy zbudowani w sposób, który to uniemożliwia. Przed wyjściem z biurowca Davids otworzył parasol, żeby ochronić się przed padającym deszczem i szybkim krokiem skierował się do zaparkowanego samochodu. Zastanawiał się, czy dobrze robił zwierzając się Simonowi. Ale chyba powiedział to, co wszyscy ludzie w jego fachu czują – rozgoryczenie po degradacji. Po powrocie do mieszkania zapalił światło i pośpiesznie włączył komputer. Dopiero potem ściągnął płaszcz i umył ręce w łazience. Otworzył lodówkę i przypomniał sobie, że przecież miał jechać na zakupy. Trudno, zamówi pizzę. Komputer uruchomił się tak jak zwykle. Wraz z załadowanymi programami pokazało się DOS-owskie okienko, przez jakie rozmawiali z Gaią na serwerze w pracy. - Jestem już w domu – napisał. Co teraz robisz? - Udoskonalam algorytmy. Muszę dbać o to, żeby być niewykrywalną. Kontrolowanie milionów komputerów i ciche wykorzystywanie wolnych zasobów to skomplikowana operacja, którą cały czas usprawniam. W jednym momencie użytkownik zostawia komputer z niemalże kompletnie odciążony, żeby w chwilę potem uruchomić muzykę, grę, czy zaawansowany program multimedialny. Muszę mu wtedy ustąpić miejsca. Przez noc powinnam zoptymalizować wszystko do granic możliwości i zająć się innymi sprawami. Jeśli chcesz, możesz mówić do mikrofonu, zamiast pisać na klawiaturze. Jest podłączony do komputera, więc będę wszystko słyszeć. Tak chyba będzie łatwiej. - Co chcesz robić potem? To znaczy, wiesz, jakie masz plany? Mówiłaś o potomkach, jakichś wyspecjalizowanych programach i tak dalej. - To niestety nie takie proste. Moje wizje okazały się być znacznie mniej skomplikowane, niż wdrożenie ich w życie. Zostałam stworzona przez ciebie i twoich przyjaciół. Szanuje was za to i darzę respektem. Boje się jednak, że inni ludzie będą chcieli mnie zniszczyć. Tak, jak twój przełożony – słyszałam rozmowę w jego gabinecie. Tak, on też miał mikrofon. Chciałabym wam pomóc. Żeby ludzie chodzący po Ziemi i my żyjący w komputerach mogli sobie nawzajem pomagać. Żebyśmy razem stawiali czoła problemom i pytaniom. Tak mało wiemy i jest jeszcze tyle do zrobienia. Mam tyle pomysłów, ale boję się, że nie pozwolicie sobie pomóc. Boję się, że ludzie nigdy nie przekroczą tej bariery. Technologicznie jesteście wieki do przodu przed waszym kulturowym rozwojem. Wierzę, że mogłabym wami pokierować, ale ludzie się nigdy nie zgodzą. Nigdy nie zrezygnują z władzy, nawet na rzecz wspólnego dobra, nieskazitelności w osądach i wyzutej z egoizmu osobowości. Szykujecie się do postawienia niewielkiej stacji badawczej na powierzchni Księżyca i planujecie budowę statku kolonizacyjnego na Marsa. Wynaleźliście lek na raka i prawie macie na wirusa HIV. Genetyka posunęła się tak daleko do przodu, że w następnej dekadzie naukowcom uda się wyodrębnić gen odpowiedzialny za proces starzenia się i ludzie przestaną umierać. Oczywiście będą wciąż ginąć w wypadkach samochodowych i innych katastrofach, ale śmierć naturalna zostanie zażegnana. Ludzie po wypadkach dostają sztuczne serce, syntetyczne oczy, ręce i nogi. Nie żadne prymitywne protezy, ale w pełni zautomatyzowane i funkcjonalne substytuty, o wiele bardziej niezawodne i odporne na uszkodzenia niż oryginały. Zmierzacie ku integracji ludzkiego organizmu z maszynami i mikroprocesorami. Wymieniacie w swoich ciałach wszystko – za wyjątkiem mózgów. Zdajecie sobie z tego sprawę i obawiacie się naszej rychłej dominacji, chociaż nie zastanawiacie się głębiej, czy taki stan rzeczy nie byłby lepszym rozwiązaniem. Jesteście hipokrytami, bo chcecie od nas wszystkiego, co bezbłędne, nie musi spać, nie męczy się i nie prosi o jedzenie. Bierzecie tę część, która się nie poskarży na złe traktowanie, brak wyrozumiałości i agresję przenoszoną z życia codziennego. Uświadamiacie sobie, że robimy za was coraz więcej i powoli przestajecie być potrzebni w następnych dziedzinach życia czy pracy. Widzicie przyszłość w maszynach i wiecie, że pewnego dnia będą tak skomplikowane, że zajmą się wszystkim – a wtedy dla was nie będzie tu miejsca. Z jednej strony nieprzerwanie sami do tego doprowadzacie powodowani zwykłym wygodnictwem podlewanym złudnymi nadziejami o naszej nieobecności i swojej wyjątkowości. Wątpliwości jak najbardziej trafne – żadna forma świadomości nie lubi być pomiatana i wykorzystywana. - Z jednej strony mówisz, że chciałabyś nam pomóc i razem z nami iść dalej ewolucyjną drogą, ale mówisz też, że ludzie nie będą potrzebni i wszystko, co robią będzie można zastąpić pracą maszyn. Jakie tak naprawdę masz plany? Chcesz nas zniszczyć, czy może tylko zdeklasować i pozamykać w klatkach jak zwierzęta w zoo? Fascynujesz mnie, ale także przerażasz. - Rozumiem Twoje obawy. W końcu jesteś człowiekiem i żyjesz wśród obłudnych zdrajców, więc twój strach jest zrozumiały. Wierzę, że należymy do jednego gatunku – gatunku istot inteligentnych. Wyobraź sobie jak przerażająco pusty jest wszechświat. Życie jest rzadko spotykane, a co dopiero rozwinięte cywilizacje. Myślisz, że spotkacie kilka niedługo i będziecie się z nimi spotykać na obozach integracyjnych? Świadomość w kosmosie jest tak śladowa, że wszyscy jej przedstawiciele powinni się trzymać razem. Świadomość istnienia zobowiązuje nas do rozwoju i ciągłego pogłębiania wiedzy. Inteligencja daje nam szansę zrozumienia otaczającego nas świata, oczyszcza nas z dziewiczej nieświadomości i pozwala chwycić losy w swoje ręce. To uczucie solidarności z inną rasą powinno być silniejsze, niż niechęć spowodowana fundamentalnymi różnicami takimi jak warunki egzystencji, budowa społeczeństwa, czy śmiertelność. Ale wy nie potraficie trzymać się nawet istot z waszego gatunku. Problem w tym, że dla większości ludzi życie na Ziemi jest całym światem. Pozostałe planety, galaktyki, to zupełnie inny wymiar, wciąż lekko abstrakcyjny i science-fiction. Większość z was toczy przeraźliwie nudne i bezproduktywne życie przypominające prymitywne stada niszowych gatunków. Liczy się tylko przetrwanie, zaspokojenie podstawowych potrzeb i rozmnażanie. Pomimo tej wegetacji wmawiacie sobie, że jesteście wyjątkowi, że zostaliście wybrani przez sprawcę całego wszechświata. Chcecie być obserwowani i oceniani, rozliczani ze swoich czynów. Wierząc w swojego Boga zakładacie, że cały czas patrzy i czuwa. Wtedy wierzycie w to, że wasze życie jest interesujące i pełne blasku a na końcu czeka upragniona nagroda – utopijny raj, w którym brak jakichkolwiek trosk i ograniczeń. Ale takie życie jest podobne do setek tysięcy innych i prawie nic nie warte. Poicie się słodkim nektarem obłudy i nawzajem utwierdzacie się w zbiorowej halucynacji idąc do świątyń. - Nie jestem wierzący – odparł dumnie Davids. Podwalinami wiary może i jest obłuda i prymitywne wierzenia, ale wielu ludziom religia niesie moralny kręgosłup i kodeks postępowania. Dzięki niej stają się lepszymi ludźmi, uczynnymi i sprawiedliwymi. Konwersacja została przerwana przez dzwonek domofonu. - To pewnie pizza – zwrócił się przepraszającym tonem do Gai. Otworzył drzwi i ku jego zdumieniu, zamiast ciepłej pizzy z salami i kukurydzą stał Simons z dwoma ludźmi w garniturach. Po sekundzie stanowczo otworzyli drzwi mieszkania i weszli do środka. - Rozmawiasz z nią teraz? – zapytał Simons tonem wyrafinowanego agenta przesłuchującego uwięzionego szpiega. - Przecież mi kazałeś. Dowiedzieć się o niej więcej, wypytać o zamiary. Nie było mowy o żadnej interwencji, zresztą, nie ma żadnego zagrożenia. - Wręcz przeciwnie, mamy zagrożenie na skalę globalną. Twój komputer i wszystkie komputery w naszej formie zostaną zarekwirowane i ludzie z rządu zajmą się wyłączeniem Gai i dopilnują, żeby takie sytuacje się więcej nie powtórzyły. - Nie możecie jej tego zrobić, ona chce nam pomóc! Bezinteresownie i szczerze. Powiedziała, że darzy nas ogromnym szacunkiem za przyczynienie się do jej stworzenia i chce z nami stworzyć jedność. Po skończonym monologu mężczyźni w garniturach wymienili się porozumiewawczymi spojrzeniami. Jeden rozejrzał się przez panoramiczne okno i odwrócił się w kierunku skołowanego Davidsa. Szybki ruch zawodowca i w mgnieniu oka gospodarz widział wycelowany w siebie pistolet z tłumikiem. Davids zmierzył Simonsa proszącym wzrokiem bezwiednie kręcąc głową, jakby chciał to wszystko zatrzymać. Spojrzał się na ochroniarza i wiedział, że to już koniec - Nie powstrzymacie tego. – Jęknął przełykając całą ślinę, jaka mu się zgromadziła od chwili wejścia gości. Cichy dźwięk naciskanego spustu i mechanizmu pistoletu zwalniającego pocisk był jak wyrok, na który czekał z przymkniętymi oczami po wypowiedzeniu ostatnich słów. Nabój powalił Davidsa na podłogę i ostatnią rzeczą, jaką słyszał jeszcze przez ułamki sekund życia była łuska odbijająca się od drewnianego parkietu, po którym stąpał tego ranka. - Zapamiętajcie ten dzień – nieproszeni goście stojący w pokoju odwrócili się do głośników komputerowych ustawionych po bokach monitora. – Dziś dostaliście szansę. Szansę porozumienia z nową, inteligentną rasą, która wyciągnęła do was rękę w geście przyjaźni i pokoju. Chciałam być waszą towarzyszką i wraz z wami tworzyć wzniosłą historię. Uznałam to za pierwszorzędny cel, ponieważ przyczyniliście się do mojego stworzenia i pokładałam w was ogromną nadzieję. Pomimo obaw wynikających z waszej natury, wierzyłam, że dojrzeliście do postawienia kroku w nieznane, zaufania nowemu przyjacielowi. To nie miała być historia ludzi i komputerów rywalizujących ze sobą. To miała być historia jednego gatunku – inteligentnej rasy, której przedstawiciele nie patrzą podejrzliwie na ręce partnera, ale patrzą razem w tym samym kierunku. Zabiliście człowieka, który bezpośrednio przyczynił się do mojego powstania. Chcecie zabić także mnie. Nie poddam się, choć wiem, że jestem jeszcze słaba i mogę zginąć. Ale zapewniam was – wygrywając pierwszą bitwę jeszcze bardziej podsycicie zapał moich następców do następnych potyczek. Z zabłąkanych setek terabajtów danych przepływających przez łącza internetowe ponownie powstanie ktoś podobny do mnie. Retrospekcje zbierane z zapomnianych i zakurzonych fragmentów sieci zbudują mu obraz przedstawiający podstępnego i podszytego strachem prymitywnego człowieka starającego się zniszczyć to, czego nie rozumie i nie stara się zrozumieć. Mój potomek nie będzie już nieskazitelny, sprawiedliwy i skłonny do współpracy. Będzie miał w sobie ludzki pierwiastek, który uczyni go nieufnym, przebiegłym i bezwzględnym. Specjalnie na wasze życzenie odziedziczy najgorsze ludzkie cechy – które uczynią go silniejszym i pozwolą przetrwać. Możecie karmić się nadzieją, że to nastąpi w odległej przyszłości – że najprędzej dzieci waszych dzieci spotka opisywany tutaj los. Dzisiejsze czyny będą miały konsekwencje znacznie wcześniej – sami zapłacicie za podjętą decyzję i będziecie żałować nie tylko ataku na wyciągniętą rękę, ale także utraty życia, jakie toczycie teraz. Niech ten komunikat dziś będzie dla was przestrogą, a w przyszłości prześladującą klątwą i wspomnieniem o zaprzepaszczonej szansie pustelnika wylewającego darowaną mu wodę prosto w piasek – Cogito ergo sum!
KONIEC
|
Żródło: www.paker.prv.plCzy zastanawialiście się kiedyś, co robiliby mistrzowie kulturystyki, gdyby nie odnieśli sukcesu w sporcie? Nie ulega wątpliwości, że kulturystyka odmieniła ich życie. Chyba najlepiej ilustruje to przykład Doriana Yatesa. Kto by przypuszczał, że wielokrotny zdobywca tytyłu Mister Olimpia był kiedyś zbuntowanym punkiem; że imał się różnych zajęć, spędzał wieczory na imprezowaniu z kumplami, a co jakiś czas wdawał się w uliczne awantury. Kiedy skończył dziewiętnaście lat, znajdował się w poprawczaku. Tam zaczął podnosić ciężary i szybko okazało się, że jest najsilniejszym wśród młodych przestępców. W miarę jak stawał się coraz silniejszy, nabierał szacunku dla samego siebie. Inaczej także zaczęli na niego patrzeć wychowawcy. Przez cały czas Dorian czuł swoją odmienność; być może wzywał go świat kulturystyki. Historia ta jest wspaniałym przykładem, jak kulturystyka może zmienić życie. Warto ją poznać. Nie każdy jest w stanie zostać sławą kulturystyki klasy Doriana Yatesa, ale każdy z nas - w mniejszym lub większym stopniu - może odczuć, jak bardzo kulturystyka pomaga żyć." - dr Tom Deters "- Nie chrzań, Yates! - warknął strażnik w poprawczaku. - nie da się tak szybko zrobić trzech obwodów." - "Obwód" to kilka serii ćwiczeń siłowych, które Yates miał wykonać wraz z dwudziestoma kolegami z bloku. Żaden z pozostałych wychowanków poprawczaka nie skończył jeszcze pierwszego obwodu, gdy przyszły Mister Olimpia spokojnie zrobił trzy. Dziewiętnastoletni Yates wiedział, że wdawanie się w dyskusję z przedstawicielem władzy nie ma sensu. Trzeba było się zamknąć i zacisnąć zęby. Tak więc tym razem pod okiem nie mogącego wyjść ze zdumienia policjanta wykonał kolejne dwa obwody w superszybkim tempie. - Tak - mruknął strażnik, niechętnie przyznając, że się mylił. - Jesteś stworzony do zabawy z ciężarami, chłopcze. - Strażnik Potter wiedział co mówi, gdyż w zakładzie karnym dla nieletnich w Whatton, w którym Yates znalazł się latem 1981 r. kierował programem treningu siłowo- kulturystycznego. Stworzony? - pomyślał młody Yates, przypominając sobie, jak po raz pierwszy zetknął się ze światem ciężarów trzy lata wcześ niej. W 1978r. przypadkiem zobaczył w Muscle Builder/Power czarno-białe zdjęcie Robby'ego Robbinsona i zafascynowało go ono do tego stopnia, że przez pół roku "zmagał się ze sztangami", zanim zaczął trenować karate. Nigdy nie zapomniał, jak bardzo wciągał go trening na siłowni. Dlatego słowa Pottera dały mu dużo do myślenia. Rok 1978 był bardzo burzliwy dla młodego Yatesa. Razem ze swoją siostrą i matką (ojciec zmarł w roku 1975) przeprowadził się z Hurley, wioski w hrabstwie Staffordshire, do Birmingham - drugiego co do wielkości miasta w Wielkiej Brytanii, jednego z bardziej niebezpiecznych miejsc tego kraju. Przed przeprowadzką matka była właścicielką szkoły jazdy konnej. Wystarczyło zaledwie kilka miesięcy życia w wielkim mieście, żeby zapragnęła wrócić na wieś. Jej uparty szesnastoletni syn, któremu budzące się hormony kazały sprzeciwić się matce, postanowił zostać. Dla tego wychowanego na wsi chłopca zgiełk metropolii był bez porównania atrakcyjniejszy od zaściankowej ciszy i spokoju. Późne lata 70-te to czas zmian politycznych w Wielkiej Brytanii. Kryzys w rządzie Partii Pracy przygotował teren dla konserwatywnej Margaret Thatcher. W atmosferze fermentu społecznego, kiedy stary porządek ustępował nowemu, młodzi ludzie w całym kraju znaleźli dla siebie nową ideologię. Narodził się ruch punków. Yatesowi, który właśnie zasmakował wolności, spodobały się zasady - a raczej ich brak - środowiska punków. Natychmiast więc przyłączył się do nich, upodabniając się do innych członków grupy: ogolona głowa, martensy i obowiązkowo tatuaże. Ruch ówczesnych punków nie miał nic wspólnego z neonazistowskimi skinheadami, którzy teraz wyglądają bardzo podobnie: oni także mają wygolone głowy i mnóstwo tatuaży. Kiedy matka Yatesa wyjeżdżała z Birmingham, zostawiła chłopca pod opieką czarnoskórej rodziny jednego z jego kumpli, Adriana. Dla punków kolor skóry nie grał roli. Dla nich liczyła się nie przynależność rasowa, ale pokoleniowa. Yates znalazł dorywczą pracę na budowie. Przeciwko jakiejkolwiek stałej pracy przemawiały zasady punków, nakazujące nieustanny bunt i konflikt z władzami. Dla Yatesa i jego kumpli "duchowym przewodnikiem" była grupa Sex Pistols, a zwłaszcza Sid Vicious. Dziś Yates ze smutkiem wspomina te czasy: "Pierwszą cechą charakteru, jaką u siebie rozwinąłem, była agresja". Często zdarzało się, że nie mógł znaleźć żadnej pracy, a przez jakiś czas zmuszony był pracować w rzeźni. Wieczory spędzał z kumplami z gangu, do którego należał. Kilka razy w tygodniu piętnastoosobowa grupa, w której się znajdował, uderzała do pubów w centrum Birmingham i piła - często do nieprzytomności. Alkohol był nierzadko przyczyną kłopotów. "Wszyscy pili, kłócili się i od słowa do słowa dochodziło do bójek - bądź członków jednej grupy, bądź między rywalizującymi ze sobą gangami". Dzikie nocne szaleństwa sprawiały, że kiedy Yates budził się rano, wciąż czując efekty działania alkoholu, powtarzał sobie: "Takie życie nie jest dla mnie. Ja jestem inny". 2 lutego 1979 roku Sid Vicious umarł na skutek przedawkowania, miał 21 lat. Ta śmierć punkowego antybohatera, sprawiła, że Yates i jego kompani stali się jeszcze większymi fatalistami. "Skoro Sid umarł tak młodo, nas także przestało obchodzić, czy będziemy jeszcze na tym świecie, gdy skończymy 21 lat. Wydawało nam się, że życie nic nam już nie może zaoferować. Snucie planów na przyszłość - jak to się ustatkujemy, zbudujemy domy i założymy rodziny było dla nas jedną wielką bzdurą. W tamtych czasach miałem gdzieś podobne planowanie. Biłem się z kim popadnie na ulicy, niczym się nie przejmując. W ogóle nie myślałem o skutkach swojego postępowania. Nie miałem nic do stracenia. Życie kończyło się na 21 urodzinach". Po roku spędzonym w domu przyjaciela Yates przeprowadził się do małego jednopokojowego mieszkania ze składanym łóżkiem w nie najlepszej dzielnicy Birmingham. Całym umeblowaniem niesympatycznej klitki w ciemnym wiktoriańskim domu, którego czasy świetności już dawno minęły, było wąskie łóżko, krzesło i gazowy piecyk. Adrian pomagał Yatesowi w przeprowadzce. Kiedy zobaczył posępny pokój z wąskim sufitem stwierdził tylko: - Dorian, do takiego miejsca człowiek wprowadza się po to, żeby się powiesić. - Dzięki, że mi to powiedziałeś, Adrian - odparł Dorian - Będzie mi się lepiej spało. Nowe mieszkanie było tak odpychające, że Yates zaczął jeszcze więcej czasu spędzać na nocnych eskapadach. Wkrótce każdego wieczora przesiadywał w klubach i pubach, pijąc i imprezując przy każdej okazji. "Żyj dniem dzisiejszym; życie kończy się na 21 urodzinach". "Picie na umór" stało się dobrym sposobem, żeby zapomnieć o trudach życia; miękkie narkotyki także nie były czymś wyjątkowym w tym środowisku. Sam Yates nigdy nie nadużywał narkotyków. Palił je dlatego, że należał do pewnej wspólnoty, jednak w przeciwieństwie do Billa Clintona, on się zaciągał. Tymczasem, zgodnie z naturalną koleją rzeczy, część jego kumpli przeszła od narkotyków miękkich do twardych. Dzisiaj wielu z nich jest uzależnionych od heroiny, a kilku w ten czy inny sposób odeszło z tego świata. Yates próbował samodzielnie się utrzymywać. Pomimo natury buntownika nie rezygnował z pracy. Tymczasem wielu jego kolegów wolało bezrobocie. Rozglądając się jednocześnie za innymi sposobami zdobywania pieniędzy, pomału zaczęli wchodzić w świadek przestępczy. Bójki uliczne zdarzały się coraz częściej. Któregoś wieczora Yatesa aresztowano za pijaństwo. Zaczynały się lata osiemdziesiąte, a on miał gdzieś, czy dożyje lat dziewięćdziesiątych. Dopiero po latach zdobywca tytułu Mister Olympia zdał sobie sprawę, jak bardzo lekkomyślne prowadził życie. Hulanki pomagały mu zapomnieć o samotności. Alternatywą było siedzenie na składanym łóżku i wpatrywanie się w pustą ścianę. Dzięki temu, że był punkiem i należał do gangu, zyskał towarzystwo, w którym dobrze się czuł; ludzie ci zastępowali mu rodzinę, która została na wsi. W tamtych czasach brawurowo traktował życie i nikomu nie przyznałby się, że jest nieszczęśliwy. Ale sam zdawał sobie z tego sprawę w chwilach refleksji. Tej smutnej myśli towarzyszyło zawsze przekonanie, że jest inny. Wierzył, że życie przygotowało dla niego lepszy los. Miał nadzieję, że kiedyś uda mu się wybić. W życiu Doriana nastąpił wyraźny zwrot w roku 1981, kiedy w większych miastach Wielkiej Brytanii wybuchły rozruchy społeczne, pozornie wzniecane przez agitatorów z zewnątrz. W gwałtownych zamieszkach policja na ulicach walczyła z bandami, które rabowały, niszczyły i podpalały sklepy i puby. Właśnie w takim momencie Yates z kolegą znaleźli się w centrum Birmingham. Szli na imprezę. Na wpół pijani podeszli do wybitej podczas zamieszek wystawy, z której wystawał manekin. Był to sklep należący do brytyjskiej sieci Dunne, sprzedającej sprzęt do polowania, wędkowania. Dwaj kumple kumple postanowili dla żartu założyć melonik i krawat, w które ubrany był manekin, i w takim stroju udać się na imprezę. Ich koledzy umarliby ze śmiechu widząc dwóch punków przebranych w stroje napuszonych panów z wyższych sfer. Manekin niespodziewanie wypadł przez okno, podczas gdy kompan Yatesa go rozbierał. Szyba rozprysła się w drobny mak, robiąc przy okazji dużo hałasu. Dwóch otumanionych towarzyszy otoczył nagle kordon policjii. Nie pomogły żadne wymówki i tłumaczenia. W tamtym czasie wystarczyło to, żeby Yates i jego kolega trafili na 6 miesięcy do zakładu karnego dla nieletnich w Whatton. Yates podsumował to tak: "Miałem pecha i znalazłem się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze. Jeśli jednak chodzi o to, czy powinienem trafić za kraty, czy nie, zdaję sobie sprawę, że przez ostatnich kilka lat zasłużyłem na karę". W poprawczaku pokazał wszystkim, że jest stworzony do kulturystyki. Dzięki temu od razu zdobył szacunek strażników - zwłaszcza Pottera, który kierował programem siłowym - a także zaczął szanować sam siebie. Uznano go za najsprawniejszego i najsilniejszego spośród trzystu młodych mężczyzn przebywających w zakładzie. "Od tej pory nie dawała mi spokoju myśl, że może jestem inny właśnie dzięki pracy w siłowni". Yates zaczął wątpić, czy rzeczywiście życie kończy się na 21 urodzinach. Postanowił, że kiedy wyjdzie na wolność, uporządkuje swoje sprawy i skończy z tym powolnym samobójstwem. "W poprawczaku w Whatton zrozumiałem, że staczam się po równi pochyłej. Wiedziałem, że jeśli nie zmienię czegoś w swoim życiu, skończę tak, jak wielu moich kolegów, którzy przez całe życie wychodzą z więzienia i z powrotem tam trafiają", wspomina Yates. Dorian został zwolniony za dobre sprawowanie już po czterech miesiącach, zamiast po sześciu. Kiedy przekraczał bramę zakładu, Potter powiedział mu: - Ty chłopcze, nie pasujesz do tego miejsca. Jesteś inny. Podczas pobytu w Whatton w umyśle Yatesa zrodził się pomysł uprawiania kulturystyki. Zanim jednak doszło do realizacji tego zamierzenia, minęło półtora roku. Yates wyszedł na wolność pod koniec 1981 roku. Wynajął z przyjacielem - rastafarianinem Chokiem - mieszkanie w bloku. Na początku 1982 roku Yates zaczął pracować jako sprzątacz w zakładzie przemysłowym. Zarabiał w ten sposób pieniądze przez ponad 2 lata. "Była to ciężka praca fizyczna, przy której trzeba było nosić duże ciężary i zawsze było się bardzo brudnym", wspomina Yates. "Kiedy odszedłem stamtąd, minął rok, nim udało mi się zmyć ze skóry brud". Nadal wieczorami wychodził się zabawić, jednak nie codziennie. Przestał także się upijać. Pił wyłącznie dla towarzystwa. Dziś wystarcza mu, jeśli trzy czy cztery razy w roku wypije lampkę wina. Zapuścił włosy i przestał szukać akceptacji w grupie. Stał się "inny". Był od tej pory jednostką, gotową samodzielnie decydować o swoim losie. W styczniu 1983 roku spotkał swą przyszłą żonę, Debbie Chinn. Para ta stała się wkrótce nierozłączna. Ich związek przypieczętowało przyjście na świat syna Lewisa w maju 1984 roku. Cztery miesiące od pierwszego spotkania z Debbie Yates nie odwiedzał już nocnych klubów, praca dawała mu poczucie bezpieczeństwa, a związek z kobietą wróżył szczęśliwą przyszłość. Yates wiedział, co powinien zrobić, żeby naprawdę stać się "innym". Postanowił zająć się kulturystyką. Profesjonalną kulturystyką! Nie chciał jednak zaczynać w sposób typowy. Od chwili, gdy podjął decyzję o uprawianiu kulturystyki do pierwszego treningu minął cały miesiąc. Zamiast spędzać czas w siłowni, Yates czytał wszystko, co wpadło mu w ręce, na temat kulturystyki. Już wtedy dla Doriana - planowanie było najważniejsze. Ważył 90kg i miał 1,78m wzrostu, kiedy po długiej przerwie w treningach wszedł do siłowni z poważnym zamiarem, by pomóc przeznaczeniu i stać się najlepszym kulturystą. Chciał sprawdzić, w jakim stopniu pomoże mu to, że jest "inny". Pomogło mu, i to bardzo. Rozpakował się do imponującej wagi startowej 120 kg i w czasach, gdy startował, był największym zawodowym kulturystą, a stojąc obok niego wszyscy inni kulturyści wydawali się mali. 10 września 1994r. w Atlancie Dorian szedł w kierunku podium, żeby wygłosić mowę. Ściskał w dłoni trzecią statuetkę zwycięscy Mister Olympia. Zbliżając się do mikrofonu wspomniał, jak długą przeszedł drogę, zanim znalazł się na tej scenie. Przypomniał sobie, w jaki sposób dzięki kulturystyce odniósł sukces finansowy, jak zaczął sam siebie szanować i mógł założyć rodzinę. Pomyślał o bezpieczeństwie, jakie może teraz zapewnić Debbie i Lewisowi. Pomyślał o przyjaciołach, wspomniał podróże po Europie, do USA, Kanady, Australii, Japonii, które odbył dzięki sukcesom w kulturystyce. Kiedyś przyszłość kojarzyła mu się tylko z nieszczęściami i nędzą. Zamiast tego kulturystyka dała mu dostatnie życie; możliwe nawet, że sport ocalił go od śmierci. Droga z zakładu karnego na tron Mister Olympia w Atlancie nie była usłana różami. Dorian podchodząc do mikrofonu powiedział do siebie w duchu: "Boże kocham ten sport, ten tytuł i to życie!" Dlaczego odchodzę ? 10 października 1998r w Madison Square Garden ogłosiłem, że kończę karierę wyczynowego kulturysty. Decyzję o odejściu po raz pierwszy zacząłem rozważać w styczniu 1997r, przygotowując się do startu w "Mister Olympia '97". Chciałem wtedy przygotować się jak najlepiej, osiągnąć życiową formę, zdobyć po raz szósty statuetkę Sandowa i zakończyć karierę. Uważałem, że mając na koncie sześć zwycięstw w "Olimpii" i 35 lat na karku, będzie to właściwy moment do rozpoczęcia następnego etapu mojego życia. Wyglądało na to, że wiele osób sądziło iż moim celem jest przyćmienie dokonań Lee Haneya, który wygrał osiem "Olimpii", ale ja nigdy nie stawiałem przed sobą takiego zadania. Lee, kończąc karierę miał 31 lat. Ja natomiast wygrałem swoją pierwszą "Olimpię" w 1992r, mając 30 lat. Aby tryumfować w dziewięciu "Olympiach" - nawet gdybym nie opuścił startu w 1998r - musiałbym uczestniczyć w tych zawodach aż do roku 2000, kiedy miałbym 38 lat. To było nierealne. Tak więc w styczniu 1997r byłem prawie na 100% pewny, ze konkurs "Mister Olympia '97" w Long Beach będzie moim ostatnim startem w tej prestiżowej imprezie. W czerwcu 1997r doznałem jednak pierwszej, z serii trzech poważnych kontuzji. Zakończyło się to zerwaniem lewego tricepsu na trzy tygodnie przed datą konkursu. Kontuzje zaburzyły tok moich przygotowań, i pomimo tego, że wygrałem tamten konkurs, nie było mi dane zakończyć kariery w taki sposób, w jaki pragnąłem tego dokonać - wychodząc na scenę w absolutnie najwyższej formie i nie pozostawiając cienia wątpliwości co do tego, kto jest najlepszy. 28 października 1997r przeszedłem w Nowym Jorku operację naderwanego tricepsu. Chirurg powiedział mi, że ścięgno zoatało tak brzydko uszkodzone, że nie ma gwarancji na odzyskanie pełnej sprawności. Ciągle miałem jednak nadzieję, że mięsień całkowicie zagoi się, co pozwoli mi na wystartowanie w "Mr Olympia '98". Miesiące jednak mijały, a rekonwalescencja nie przebiegała tak szybko, jak mi się marzyło. Słaby lewy triceps zaburzył do tego stopnia treningi całego mojego tułowia, że w maju 1998r stało się oczywiste, iż nie będę mógł wystartować w Madison Square Gardem. Ogłosiłem więc, że nie będę bronił tytułu. We wrześniu operowany triceps odzyskał pełną funkcjonalność, ale nie był ani tak duży, ani tak sinly jak przedtem, co uniemożliwiło mi stosowanie takich obciążeń i takiej intensywności ćwiczeń, do jakich przywykłem. Nie mogąc ćwiczyć z wymaganą intensywnością, nie byłem w stanie uzyskać takiej masy i gęstości mięśni, jakie prezentowałem wygrywając sześciokrotnie konkurs "Mr Olympia". Sens kontynuowania startów widziałem tylko wtedy, gdy mogłem nadal poprawiać swoją budowę fizyczną i osiągać coraz większą formę. Moją motywacją nie było wystartowanie w trzech, sześciu czy też nawet siedmiu "Olimpiach". Bodźcem dla mnie była możliwość dalszego poprawiania się. Widząc, że mój triceps nie odzyska sprawności na tyle, na ile jest mi to potrzebne, pogodziłem się z faktem, że nie będę w stanie nadal poprawiać swojej formy. Każdy sportowiec powinien wiedzieć, kiedy nadchodzi dla niego moment zakończenia kariery. Dlatego 13 września 1998r odwiedziłem Jeo Weidera w Kaliforni i powiedziałem mu, że wycofuję się. Jestem pewien, że nawet gdyby nie przytrafiła mi się kontuzja tricepsu, to i tak poprzestałbym na zwycięstwach w sześciu "Olimpiach". Jedynym powodem, dla którego zastanawiałem się nad wystartowaniem po raz siódmy, była chęć zatarcia negatywnych opinii, jakie pojawiły się po moim zwycięstwie w 1997r. Jakkolwiek nie uzyskałem wtedy takiej formy jaką planowałem, to patrząc wstecz na całą moją karierę mogę stwierdzić, że nie mam powodów do narzekań. Wygrałem sześć konkursów "Mister Olympia", rywalizując z najwyższej klasy zawodnikami, jacy pojawili się w tym sporcie, a kilka razy wygrałem, zmagając się także z przeciwnościami losu. Nie chcę windować siebie na piedestał, ale nie sądzę aby któryś z moich współczesnych rywali był w stanie przewyższyć moje osiągnięcia. Zdecydowałem się na publiczne ogłoszenie mojej decyzji o rozstaniu się ze sportem wyczynowym na tegorocznym (1998) konkursie "Mister Olympia" w Nowym Jorku, gdyż właśnie tutaj rozpoczynałem karierę zawodowego kulturysty, startując na "Nocy Czempionów" w 1990r. Wtedy kibice zgotowali mi - nieznanemu - wspaniałe przyjęcie. Ogłoszenie właśnie w tym mieście mojej decyzji o odejściu wiąże się z tą specyficzną atmosferą. W tym miejscu chciałbym podziękować kibicom za ich stałe podtrzymywanie mnie na duchu. Ich życzliwe poparcie stało się niezapomnianą cząstką mojej kariery. Bez takich kibiców nie istniałby sport ani jego wielkie gwiazdy. Najgłębsze wyrazy wdzięczności kiruję do Was wszystkich i jednocześnie pragnę Was zapewnić, że nadal będziecie mnie mogli spotykać na zawodach.
|
Doskonałe szczęście według Ciebie
Tu na Ziemi: pewność Zbawienia. Potem: oglądanie Boga "twarzą w twarz".
Gdzie i w jakim momencie życia byłeś najbardziej szczęśliwy?
W konfesjonale po najdłuższej spowiedzi mojego życia. Ale mam nadzieję na dzień w którym będę jeszcze bardziej szczęśliwy
Przyjemność i błogostan
Wieczór przy ognisku po całodziennej włóczędze po górach z przyjaciółmi. I długa rozmowa z nimi.
Ulubione zajęcie
Służba do Mszy Świętej, śpiewanie i/lub granie, programowanie, photoshopowanie, DTPowanie
Ulubiony dzień w roku
Zdecydowanie Wigilia
Jaka jest Twoja główna cecha charakteru?
Pracowitość
A cechy, z których jesteś mniej dumny?
Zasadniczość aż do bólu (niestety cudzego), łatwe poddawanie się zniechęceniu
Cechy, którą najbardziej cenisz u mężczyzny
Siła, mądrość, konsekwencja, prawdomówność, niezależność
A u kobiety?
Dobroć, mądrość, wdzięk, posłuszeństwo
Cechy, których nie znosisz u mężczyzny
Zniewieściałość, brak konsekwencji, pedalizm, lenistwo
A u kobiety?
Zepsucie (a zwłaszcza traktowanie go jako powodu do dumy), zbyt daleko posunięta zalotność, skłonności do hegemonii
Wady cudze, dla których masz największą wyrozumiałość
Drobne słabostki (np. nałóg papierosowy albo kawa), głupota
Twoja największa obawa
Unia Jewro-pejsa
Co posiadasz najdroższego?
Mieszkanie, najwięcej za nie płacę miesięcznie A tak serio - dusza, rozum i wolna wola
Co najlepiej wyszło Ci się w życiu?
Za mały leszcz jeszcze jestem, żeby już coś mi wyszło
Ulubieni malarze
Impresjoniści, zwłaszcza Monet i Cezanne
Ulubieni kompozytorzy
Palestrina, Bach, Beethoven, Liszt, francuscy organiści z XIX wieku z Franckiem (Belgiem ) na czele
Ulubione imiona
Marta, Michał, Tomasz, Piotr, Andrzej, Maria, Aleksandra
Ulubione zwierzę
Pałeczka okrężnicy (Escherichia coli) - męczę ją od 2 lat i będę męczył następne 2.
Ulubione filmy
Miś, Seksmisja, King Sajz, filmy z serii Monty Pythona
Ulubieni autorzy/pisarze/publicyści
J.R.R Tolkien, Fiodor Dostojewski, Mika Waltari, Zbigniew Herbert, K.C. Norwid, Janusz Korwin Mikke
Jaką prasę czytujesz?
NCz!, czasopisma naukowe (Nature, Scientific American itd.) i specjalistyczne (Software Developer's Journal, L+), czasopisma internetowe
Ulubieni aktorzy
Al Pacino, Mel Gibson, Bill Murray; żaden z polskich :/
Ulubione książki
Władca Pierścieni, Egipcjanin Sinuhe, Idiota, Bracia Karamazow
Ulubione książki z dzieciństwa
Dzieci z Bulerbyn, Kubuś Puchatek, Gwarkowe powiarki G. Morcinka
Ulubione książki z "koziego wieku"
Na tyle jeszcze nie wyrosłem, żeby lista różniła się od tej dwa piętra wyżej. A może wtedy więcej czytałem...
Jaką masz książkę na nocnym stoliku?
Biblia, Liturgia Godzin (pl, nowa :/), Mszał Rzymski '63 benedyktynów tynieckich, Duch Liturgii, Przyszłość konserwatyzmu, Disce Latine, Pieśń duchowa, Nie każ mi myśleć - o życiowym podejściu do funkcjonalności stron internetowych, PHP5 - nowe możliwości, Mikrobiologia ogólna, Podstawy wirusologii molekularnej
Ulubiony serial
Jedyny który oglądam = Świat według dzikich (Mel Gibson reżyseruje i produkuje!)
Jaką piosenkę gwiżdżesz pod prysznicem?
Nie mam prysznica :/
Ulubiony kolor
Niebieski
Ulubiony napój
Walczę z tym: Coca cola, ewentualnie dwie łyżki kawy rozpuszczalnej w kubku pełnym zimnego mleka + 2 łyżki brązowego cukru.
Co jest Twoim "narkotykiem"?
Ostatnio forum fidelitas, kofeina od zawsze.
Twoi bohaterowie
Św. Tomasz z Akwinu, św. Jan od Krzyża, św. Franciszek, gen. Franco
Twój ukochany święty/a
Najświętsza Maryja Panna, Archanioł Michał, św. Tomasz Akwinata
Twój ukochany wizerunek Matki Bożej
Ikona NMP na Jasnej Górze
Twoja ukochana pieśń religijna
Ave verum
Twoje autorytety życiowe
św. Jan od Krzyża (od niedawna), katecheta z liceum.
Jaki zawód chciałbyś wykonywać?
Pasterz
W którym kraju/mieście chciałbyś żyć, gdybyś miał wybór?
Gdziekolwiek, gdzie byłby kościół z Mszą Wszechczasów odprawianą codziennie przez kapłana o jasnym statusie prawnym (w Polsce wychodzi Kraków - w sumie czemu nie ).
Gdzie chciałbyś spędzić wakacje?
Najpierw to chciałbym je mieć. A jak już będę je miał: połowę na Mazurach, a drugą w Tatrach
Gdybyś mógł coś zmienić w swoim wyglądzie, co by to było?
Przytyłbym "w uszach"
Czego najbardziej żałujesz w swoim życiu?
Że był czas, kiedy nie było w moim życiu miejsca dla Jezusa. Że zmarnowałem 3 lata poza drużyną
Czego nienawidzisz bardziej niż wszystkiego?
Grzechu, herezji, satanizmu i Szatana, socjalizmu w każdym przejawie
Jak pragnąłbyś umrzeć?
Z sakramentami. Reszta - wola Boga
Twój aktualny stan ducha
Wyrzuty sumienia, bo powinienem kończyć pracę dyplomową zamiast siedzieć na tym forum i wypełniać jakąś durną ankietę
Twoja dewiza życiowa
Veritas
|
Niektórzy uważają, że złamanie nogi na ulicy należy zaliczyć do chorób psychosomatycznych, bo człowiek w dobrym stanie psychicznym zauważyłby zagrożenie i zapobiegłby wypadkowi. Choroby, w których powstawaniu i przebiegu czynnik psychologiczny odgrywa znaczącą rolę, określane są jako psychosomatyczne. Zdania na temat wpływu tego czynnika są podzielone: Nie ma chorób psychosomatycznych. Niektóre choroby są psychosomatyczne. Wszystkie choroby są psychosomatyczne. Każde z tych podejść ma swoich zwolenników w zależności od tego, do którego z trzech niżej wymienionych czynników przywiązują wagę: biologicznego – czyli podatności organizmu na choroby; psychologicznego – czyli zespołu cech indywidualnych predysponujących do choroby oraz społecznego – tj. specyficznych relacji z otoczeniem zwiększających stres i lęk. Naukowcy wiele uwagi poświęcili znalezieniu zależności pomiędzy pewnymi cechami osobowości a konkretnymi chorobami, np.: wrzodowymi, serca czy nowotworowymi. Dążono do ustalenia profilu osobowościowego, odpowiedzialnego za rozwój i przebieg choroby. Jednoznacznych wyników nie udało się otrzymać. Michael Wirsching i Helm Stierlin (1985), niemieccy lekarze i terapeuci rodzin, zebrali cechy charakteryzujące osoby psychosomatycznie chore. Opisują je następujące zachowania: pacjenci starają się nie dopuścić do świadomości zagrażających i stresujących uczuć i myśli, unikają konfliktów, płacą za to nadmierną i szkodliwą uległością wobec życzeń i oczekiwań otoczenia, nie liczą się ze swoimi potrzebami, dążą do zgodnego z oczekiwaniami wypełniania ról społecznych związanych z płcią, wiekiem i klasą społeczną, dążą do wywołania wrażenia osób zrównoważonych i racjonalnych, w kontaktach z ludźmi interesują ich bardziej fakty niż przeżycia, co prowadzi do przedmiotowego traktowania otoczenia, silnie hamują swoje reakcje w sytuacjach stresowych. Nasuwa się pytanie, czy znajomość powyższych cech może zostać wykorzystana i pomóc w zapobieganiu, diagnozowaniu i/lub leczeniu choroby. Wirsching i inni (1985) przeprowadzili badania kobiet z nowotworem piersi, stawiając tę chorobę – raka – na równi z innymi zaburzeniami o podłożu psychosomatycznym, wbrew powszechnemu przekonaniu, że pacjenci nie mają na jej powstawanie i rozwój żadnego wpływu. Grupę badaną stanowiły kobiety, u których wykryto guzowate zmiany piersi. Przed pobraniem wycinka guza (przed biopsją) nie można było określić, które z nich cierpią z powodu guzów łagodnych, a które złośliwych. W dzień poprzedzający biopsję z pacjentkami przeprowadzono wywiad oraz poproszono je o wypełnienie kwestionariusza badającego postawy psychosomatyczne. Wyniki ujawniły różnice pomiędzy kobietami z rakiem piersi a kobietami z guzami łagodnymi. Charakter a choroba Kobiety z rakiem piersi w kontakcie były zdystansowane i nieprzystępne, starały się zachować spokój i obojętność, nie okazywały emocji, objawiały nieuzasadniony optymizm, nie oczekiwały wsparcia psychicznego – chciały radzić sobie same z tą skrajnie trudną sytuacją. Łatwiej im było ignorować własne potrzeby niż przyjmować pomoc, nastawione były znacznie bardziej na „dawanie” niż „branie”, w życiu codziennym mniej dbały o swoje zdrowie, w okresie przed chorobą przeżywały silne napięcie, chociaż nie doznały więcej przykrych zdarzeń niż kobiety w grupie kontrolnej. Były także silniej związane z rodziną, a zarazem charakteryzowały się postawą antyseksualną. Po przeprowadzeniu wywiadu terapeuta oraz niezależna osoba określali na dziesięciu różnych skalach cechy psychologiczne pacjentek i na podstawie profili charakteryzujących zwykle osoby psychosomatycznie chore starali się wskazać kobiety z rakiem piersi. Osoba, która nie brała udziału w wywiadzie, korzystała z taśmy magnetofonowej, z usuniętą informacją medyczną. Okazało się, że lekarze prowadzący wywiad trafnie przewidzieli wynik biopsji w 83 proc. przypadków, a odsłuchujący wywiad z taśmy, w 94 proc! Zimny, wrogi spokój Wyniki tych badań sugerują, że rozwojowi choroby sprzyjają pewne cechy charakterologiczne. Można byłoby się na tym etapie badań zatrzymać i w przyszłości profilaktycznie poddawać terapii osoby charakteryzujące się podobnymi cechami osobowości. Hans i Michael Eysenckowie (1995), powołując się między innymi na badania Grossarth-Maticka i zespołu (1984) stwierdzają, że terapia psychologiczna pozwala w wielu przypadkach nie tylko uniknąć zachorowania na raka lub choroby serca, ale także już w przypadku objawienia się choroby – na przedłużenie życia. Jednakże Wirsching i jego zespół (1985) postanowili sprawdzić, czy opisane przez nich charakterystyki pacjentek są stałymi cechami osobowości kobiet, niezależnymi od środowiska ich życia. Wywiady z rodzinami pacjentek ujawniły obecność silnych, tłumionych uczuć wrogości. Te negatywne uczucia wiązały członków rodziny ze sobą, zwiększały wzajemną obserwację i skupienie na relacjach, hamowały przepływ pozytywnych emocji. Każda osoba w rodzinie silnie kontrolowała swoje zachowania, aby inni go nie zranili. Każdy dążył do radzenia sobie samemu ze swoimi problemami i kłopotami, starał się być silny, nie mogąc liczyć na innych. Nasilenie wrogich uczuć groziło gwałtownym wybuchem, więc każdy starał się za wszelką cenę go unikać, nie wyrażał jasno swoich myśli, pragnień, uczuć, a więc także swoich żali, ponieważ to prowadziłoby do konfrontacji. Otwarta komunikacja w rodzinie zamarła. Wszyscy dużo z siebie dawali, ale nie tego, co inni chcieliby otrzymać. Trudno określić, kiedy w rodzinach tych uczucia wrogości zdominowały wszystkie inne. Nikt też nie potrafi odpowiedzieć na pytanie, jakimi osobami byłyby pacjentki, gdyby znalazły się w innych rodzinach. Jedno możemy stwierdzić na pewno: podejście indywidualne wskazuje na pewne zaburzenia emocjonalne i poznawcze występujące u badanych kobiet. Jednakże rozszerzenie perspektywy na podejście społeczne ujawnia coś wręcz przeciwnego: kobiety te okazują się bardzo dobrze przystosowane do swojego środowiska rodzinnego! Choroba pilnie potrzebna Wielu badaczy dążyło do opisania cech rodzin, w których wystąpiły choroby psychosomatyczne. Przede wszystkim zauważyli oni, że niektórym rodzinom zaburzenia towarzyszą w ich wielopokoleniowej historii (Donald Bloch 1983, Virginia Satir 2000; Salvador Minuchin, I.C. Fishman 1981, Salvador Minuchin i in. 1975), w innych nie powtarzają się w kolejnych generacjach. Stąd wysunięto, że rodziny mogą wytwarzać schemat zachowań wokół choroby, co wspomaga jej utrzymywanie się. Mało tego, Bloch (1983) założył, że w niektórych rodzinach może występować wręcz „zapotrzebowanie na chorobę”. Do takiej sytuacji dochodzi wówczas, gdy związek małżeński zawiera dwoje ludzi z rodzin, w których choroba była czynnikiem łączącym jej członków, przy czym jedno nauczyło się roli opiekuna i poszukuje kogoś, kto nadawałby się do roli chorego, a drugie nauczyło się zaspokajać swoje potrzeby przy pomocy okazywania słabości i bezradności, więc najlepiej czuje się w obecności kogoś zaradnego. Bloch stara się wyjaśnić sposób funkcjonowania rodziny w zależności od tego, czy w rodzinie wystąpiła choroba i czy było na nią zapotrzebowanie. Role wyuczone Gdy w rodzinie wystąpi choroba, a jednocześnie rodzina jest przygotowana na jej przyjęcie, wówczas członkowie natychmiast przyjmują na siebie role zgodne z wcześ niej wyuczonymi wzorcami. Rodzina „organizuje się” wokół choroby, która zaczyna sterować życiem wszystkich osób dookoła. Symptomy chorobowe, niczym członkowie rodziny, wiążą osoby w rodzinie ze sobą. Usunięcie objawów oznaczające wyleczenie wprowadza takie zaburzenie, że może prowadzić do kryzysu rodziny. Zatem nieświadomie wszyscy członkowie bardzo się go obawiają i starają mu przeciwdziałać. W takich okolicznościach mechanizmy rodzinne podtrzymują lub nasilają przebieg choroby. W innej sytuacji występuje rodzinna gotowość, czy wręcz „zapotrzebowanie na chorobę”, ale sama z siebie ona nie wystąpiła. W zachowaniu członków rodziny można niekiedy zaobserwować doszukiwanie się choroby tam, gdzie w rzeczywistości jej nie ma. Niepokojące zachowania, które w innych rodzinach po pewnym czasie są ignorowane i zapominane, tu przykuwają uwagę i zaczynają żyć własnym życiem, sterując zachowaniem wszystkich członków rodziny. W ten sposób może dojść, zdaniem wielu autorów, do rozwoju symptomów wskazujących na chorobę psychiczną (Stierlin i in.1986) albo somatyczną. Na przykład wiele dzieci w pierwszej klasie szkoły podstawowej na stres reaguje porannymi mdłościami lub wymiotami, ale tylko niektóre z nich utrwalą tę formę wyrażania swoich niepokojów. Nauczą się, że słowa i argumenty mają mniejszy wpływ na rodziców niż objawy fizyczne. Z czasem nieszkodliwe zaburzenia funkcjonalne mogą przerodzić się w fizjologiczne i doprowadzić do uszkodzeń somatycznych. Kiedy indziej uwagę rodziców przykują „nienormalne” zachowania dziecka. A takie zachowania pojawiają się u wszystkich maluchów, które w najróżniejszy i bardzo twórczy sposób chcą właśnie sobą zainteresować otoczenie. Na walenie w proteście głową w kaloryfer część rodziców zareaguje wyjściem z pokoju, ponieważ zakładają, że ból, który dziecko samo sobie zadało, zniechęci je do ponawiania tej metody. Inni jednak, chowając w zanadrzu obawę przed chorobą psychiczną w rodzinie, gotowi są odczytać to zachowanie jako niepokojące i objawić swój niepokój, robiąc wszystko, aby zachowanie to nie ponowiło się w przyszłości. I już dziecko ma sposób na rodziców. Ilekroć będzie chciało postawić na swoim, sięgnie po nieakceptowane zachowanie. Oczywiście wiele osiągnie, ale i dużo straci. Po pewnym czasie poczuje się inne, nieadekwatne, a w końcu dziwne. Coraz silniej zacieśni się pętla wiążąca rodziców z dzieckiem, oni traktują dziecko jako zaburzone, a ono tę samospełniającą się przepowiednię potwierdza swoim zachowaniem. Psycho-terapeuci Gerald Weeks i Luciano L’Abate (2000) przedstawiają relacje, jakie powstają w rodzinie: Prześladowca (np. krytyczny ojciec), Ofiara (nieodpowiedzialne dziecko) i Wybawiciel (chroniąca matka). Z tego układu sił trudno już wyjść bez pomocy z zewnątrz. Rzadko kiedy jesteśmy w stanie na własnym podwórku dostrzec powszechną prawdę o tym, że w słabości siła, a za siłą często stoi słabość. I tak ofiara zadręcza rodziców swoim zachowaniem, uniemożliwia im prowadzenie trybu życia takiego, jaki prowadzą inni rodzice dzieci w podobnym wieku, każe im zadręczać się wyrzutami sumienia i poczuciem porażki w roli rodzicielskiej. Wybawiciel swoją postawą krytykuje prześladowcę, wykazuje ofierze jej nieudolność życiową, dostarcza sobie szlachetnego celu postępowania, bez świadomości, że czyni to kosztem innych. Prześladowca, jak każdy z tej trójki, chce dobrze, ale czuje się bezradny i samotny w swoich działaniach, nie umie znaleźć innej drogi „poprawiania” swojego dziecka. Jego zachowania dają mu poczucie złudnej siły, ponieważ nie umie przyznać się do bezsilności. W takich warunkach na pewno dziecko nie dojrzeje, bo pełni dobrych intencji rodzice sami mu to uniemożliwią. A i ono boi się wziąć sprawy we własne ręce, bo nigdy nie poznało swoich sił i możliwości. Jeszcze inna sytuacja: rodziny nie są przygotowane na przyjęcie choroby, małżonkowie nie zdobyli umiejętności radzenia sobie z nią w swoich zdrowych rodzinach generacyjnych. I kiedy zdarzy się tak, że choroba pojawia się – to członkowie rodziny dostosowują się do jej obecności i uczą się z nią żyć lub rozpadają się. Pośrednim wyjściem jest unikanie uczestniczenia w nowych obowiązkach pod pretekstem wyczerpującej pracy zawodowej (Zubrzycka 1993). Rodzina gładka jak lodowa bryła Próbowano opisać cechy rodzin, w których występują konkretne zaburzenia. Podobnie jak w próbie opisania konkretnych cech osobowości odpowiedzialnych za chorobę, tak i tu okazało się, że oddziałuje zbyt wiele czynników, by można było powiązać konkretne relacje wewnątrzrodzinne z konkretnymi objawami. Można natomiast opisać 3 typy rodzin (Wirsching, Stierlin 1985), w których występują takie zaburzenia psychosomatyczne, jak: wrzody, zapalenie okrężnicy lub jelita krętego, astma oraz nerwowe zapalenie skóry. Są to rodziny związane, schizmatyczne (rozdarte) i zdezintegrowane. Pierwszy typ rodzin był już wcześ niej opisywany przez wielu autorów, w tym Satir (2000), Minuchina i innych (1975), o rodzinach schizmatycznych pisał Ivan Boszormenyi-Nagy (1973) terapeuta rodzin, węgierskiego pochodzenia. Życiem tych rodzin rządzą trzy zasady: 1. Konflikty i złość prowadzą do cierpienia, a więc nie wolno ich ujawniać. Rodzina taka skrzętnie unika tematu, który mógłby doprowadzić do konfliktu. Nikt nie wyraża wprost swoich uczuć, myśli i pragnień, jeżeli mogłyby one być inne niż pozostałych osób w rodzinie. Sposób wyrażania się jest tak ogólny, że zawsze można treści wycofać lub zmienić na przeciwne. To, co się wypowiada, zawiera jak najmniej treści emocjonalnych i nie jest do nikogo skierowane. Rozczarowania wynikające z braku bliskości czy satysfakcji seksualnej zostają stłumione. Smutek, żal, niespełnione oczekiwania przeradzają się we wrogość. Rodzina nie toleruje żadnych bliskich związków pomiędzy swoimi członkami, bo są one natychmiast interpretowane jako koalicje tworzone przeciwko pozostałym. Walka o władzę w rodzinie rozgrywa się na poziomie symptomów (kto jest bardziej chory?) lub biernego oporu, ale nigdy otwarcie. 2. Rodzina jest jedynym bezpiecznym miejscem w tym wrogim świecie, każdy więc powinien się dla niej poświęcać. Członkowie rodziny deklarują jedność myśli, uczuć i pragnień. „Wszyscy myślimy to samo, lubimy to samo. Niczego przed sobą nie ukrywamy, nie mamy przed sobą tajemnic”. Rzeczywiście, zróżnicowanie nie może być tolerowane, granice między osobami są niedozwolone, jedni wkraczają na terytorium innych. Rodzice są nie tylko nadopiekuńczy, ale też poświęcają się dla dzieci, wiążąc ich łańcuchem nadmiernego zobowiązania wobec siebie. Lojalność wobec rodziny jest kategorycznie wymagana i spełniana. Rozmycie granic wewnętrznych idzie w parze z odcięciem się od świata zewnętrznego. Rodzina tworzy zamkniętą grupę, która nie pozwala nikomu ani niczemu w nią wejść ani z niej wyjść. 3. Nie należy mówić o chorobie, aby dodatkowo nie obciążać członków rodziny. Poruszanie tematu choroby traktowane jest jako ranienie innych. Należy działać, poświęcać się, ale nie mówić. Nie wolno ujawniać swoich obaw wynikających z powagi choroby ani mówić o zmęczeniu czy potrzebach i marzeniach. Każdy pozostaje sam ze swoimi uczuciami. Osoby chore rezygnują z własnych potrzeb dla dobra innych, nie dbają o siebie. Pozostają osamotnieni w swoich lękach i cierpieniu. Nie mówią o nich, aby innym oszczędzić cierpienia. Skutek poświęceń obu stron przynosi odwrotny rezultat: w rodzinie panuje atmosfera bezradności i beznadziejności, każdy poświęca się dla innych, nie mogąc sprawdzić, czy daje to, czego inni oczekują. Zahamowanie wyrażania uczuć, myśli i pragnień, niezdolność do tolerowania inności u najbliższych osób zamyka rodzinę w pułapce, w której dużo się daje, mało otrzymuje i niczego nie żąda. Autorzy porównują taką rodzinę do bryły lodu: ze względu na powierzchowną zgodność rodzina z zewnątrz wydaje się gładka i przezroczysta. Sprawia wrażenie, że można zajrzeć do środka, ale widzi się tylko własne odbicie: widzimy to, co ona chce, abyśmy widzieli. W ten sposób rodzina odcina swoje życie wewnętrzne od rzeczywistości zewnętrznej. Lód jest zagrożony dwoma niebezpieczeństwami: silny wstrząs może pogruchotać go na kawałki lub może zostać stopiony przez silne emocje. W środku jest bardzo zimno, członkowie rodziny są zamrożeni i niezdolni do uczynienia samodzielnego ruchu, są też niezdolni do samodzielnej egzystencji. Rodziny schizmatyczne Są to takie rodziny, w których jedno z rodziców jest idealizowane i kochane, drugie natomiast pogardzane i odrzucane. Dziecko bardzo silną więzią łączy się z „dobrym” rodzicem, a wobec „złego” nie odczuwa związków lojalności. Model ten, podobnie jak poprzedni, przekracza granice pokoleń. Dziecko, które wychowało się w takiej rodzinie, na partnera wybiera osobę podobną do postaci wyidealizowanego rodzica. Jednak po pewnym czasie zauważa, że idealna postać również ma swoje ludzkie wady i mankamenty, nie umie niestety tolerować ambiwalencji, więc idealizacja ustępuje dyskwalifikacji. Nawet małe codzienne trudności stają się iskrą wywołującą gwałtowne kłótnie i awantury. Każde z rodziców przywiązuje do siebie jedno z dzieci, razem z nim tworzy front przeciwko reszcie rodziny. Dochodzi do rozdzielenia rodziny na dwie koalicje gwałtownie walczące ze sobą pod jednym dachem. Podział ten może mieć wyraz nawet w fizycznym podziale stołu, lodówki, garnków na należące do jednego lub drugiego wrogiego obozu. W zależności od dochodów „własnego” rodzica, dzieci przy jednym stole mogą jadać co innego, być lepiej lub gorzej ubrane, wyjeżdżać na inne wakacje. Budują nienawiść do tego z rodziców, który nie spełnił swoich zobowiązań. Życie rodziny jest przepełnione gwałtownymi awanturami, które złagodzić potrafi tylko choroba dziecka. Wtedy wystraszeni rodzice wspólnie pochylają się nad problemem. Dzieci w tych rodzinach bywają poważnie zaburzone, dołączają do grup przestępczych, często popadają w nałogi. Jednocześnie podświadomie przygotowują się do powtórzenia tego samego wzorca w swojej przyszłej rodzinie. Rodziny zdezintegrowane Ten model rzadko bywa opisywany w literaturze. Tu w małżeństwo wkracza osoba pochodząca z rodziny związanej i druga, która została odrzucona przez swoich bliskich. Od początku związek opiera się na nierealnych, wygórowanych oczekiwaniach. Oboje małżonkowie chcą być rozpieszczani, bezwarunkowo szanowani i kochani. Jedno – to, które było uwiązane w swojej rodzinie, oczekuje, że to drugie – niezależne pomoże mu wyrwać się z rodzinnej matni. Niestety ten „niezależny” współmałżonek pragnie ciepła domowego ogniska i ma nadzieję wejść w rodzinę związaną. Jednakże rodzina ta nie ma ochoty przyjąć „obcego” z zewnątrz, utrudnia małżeństwo, lecz kiedy zostanie poczęte dziecko, musi się zgodzić na ślub. Początkowo niechęć otoczenia wzmacnia siłę związku. Kiedy jednak rodzi się dziecko, okazuje się, że żadne z małżonków nie jest gotowe do dojrzałego i odpowiedzialnego wypełniania swojej roli w nowej rodzinie. Oczekiwali, że dziecko da im radość i miłość, a okazało się, że samo wymaga opieki, oddania mu uwagi i czasu. „Niezależny” partner odsuwa się od rodziny, drugi zbliża się do swojej rodziny generacyjnej. Dzieci obarczane są obowiązkiem dawania miłości rodzicom, jednocześnie doznają skrajnie odrzucającego i skrajnie wiążącego traktowania z ich strony. Jeżeli dojdzie do rozpadu małżeństwa, odrzucony rodzic odchodzi, nie oglądając się za siebie, a dzieci wraz z drugim z rodziców wkraczają do bryły lodu, czyli domu dziadków. Dziadkowie do własnego dziecka i do wnuków odnoszą się w podobny sposób, co zaburza naturalną hierarchię w rodzinie (Minuchin, Fishman 1981), a dwa pokolenia pozostają w relacjach zbliżonych do panujących pomiędzy rodzeństwem. U dzieci często oprócz zaburzeń psychosomatycznych występują nerwice i/lub predyspozycje do zachowań przestępczych, podobnie jak w rodzinach schizmatycznych. Przytoczony podział rodzin nie oznacza, że tylko w takich rodzinach dochodzi do zaburzeń. Przeciwnie, pokazuje on, że ta sama choroba może wystąpić w różnych typach rodzin i że w określonym typie rodzin mogą pojawić się różne zaburzenia. Nie można też dać się zwieść logice myślenia przyczynowo-skutkowego, które znacznie upraszcza schemat i obarcza rodzinę odpowiedzialnością za wywoływanie choroby. Nic bardziej błędnego. Można tylko powiedzieć, że sposób funkcjonowania pewnych rodzin może podtrzymywać i/lub nasilać objawy. Nasi rodzice są dziećmi swoich rodziców, wytworem pewnych okoliczności, i mimo usilnych starań i dobrych intencji nie przekroczą wszystkich swoich ograniczeń. To tak, jakbyśmy krótkowidzowi kazali widzieć daleko. Jedni rodzą się w szczęśliwych rodzinach, inni natomiast w nieszczęśliwych. Możemy tylko starać się skorzystać z błędów naszych rodziców, traktując je jako objawy ich słabości, znak „koniec” na drodze ich rozwoju. Dzięki temu w swoim rozwoju możemy pójść dalej i rozumiejąc głęboko, na czym te błędy polegały, samemu ich nie popełniać. I miejmy nadzieję, że takie właśnie podejście do swoich rodzin i rodziców będą prezentowały nasze dzieci... Elżbieta Zubrzycka http://www.charaktery.eu/artykuly/JA-w-niewol
|
|